Dzień dobry w Nowym Roku – z pierwszym podsumowaniem kosmetycznych śmieci!
Było ono niezwykle udane i – ze względu na różne mobilne okoliczności – wpłynęło również na jego ostateczny format. Będzie więc kilka wspomnień z tak zwanego „międzyczasu”, bez klasycznego zdjęcia zbiorczego. A to dlatego, że po drodze wyrzuciłam część opakowań, niektóre końcówki kosmetyków zostawiłam do testów bliskim osobom oraz koleżankom, jednak uważam, że warto je mimo wszystko omówić. Choćby po to, by została krótka notatka dla mojej (nie)pamięci ;))) Zapraszam!
Pod koniec ubiegłego roku, za sprawą poleceń Angeliki Kosmostolog, zostałam zachęcona do zakupu kremu i balsamu do ciała Nivea. Potrzebowałam czegoś łatwo dostępnego „od ręki” i w ten sposób odkryłam linię Nivea Repair & Care:
12% gliceryny i witamina E
18% gliceryny, prowitamina B5 i mocznik
Przyznaję, że nie miałam pojęcia o ich istnieniu ani o tym, że Nivea ma w ofercie kilka naprawdę ciekawych linii. Na pierwszy ogień poszła wersja z 12% gliceryny i witaminą E, która okazała się fenomenalna. Zaraz potem sięgnęłam po wariant z 18% gliceryny, prowitaminą B5 i mocznikiem – i w ten sposób poznałam rewelacyjny, wielozadaniowy krem/balsam do ciała.
Ma doskonałą konsystencję: nie jest ani zbyt lekka, ani zbyt gęsta. Szybko się wchłania, nie pozostawia filmu na skórze, nie jest tłusty ani lepki. Zmiękcza, nawilża, natłuszcza i przyjemnie otula skórę. Według producenta można stosować go również do twarzy – ja się na to nie odważyłam :D Za to zyskałam bardzo dobry kosmetyk do codziennej pielęgnacji ciała, stóp i dłoni. Duża pojemność, wygodne opakowanie, dobra dostępność i bardzo atrakcyjna cena w promocji. Zdecydowanie będę do niego wracać regularnie.
Z miłości do mięty (i nie tylko) regularnie
sięgam po Antipodes Nirvana Hand & Body Wash 👉
KLIK
Jeśli
lubicie takie aromaty i szukacie żelu o dobrej formule, w wygodnym
opakowaniu z dozownikiem, to może być coś dla Was.
Do torebki i na wszelkie „mobilne” okazje lubię mieć mniejsze pojemności kremów do rąk. W ten sposób trafił do mnie Sensum Mare Algobody – intensywnie nawilżająco-odżywczy krem do rąk i paznokci, który zaprezentował się z bardzo dobrej strony. Jedyną wadą jest dla mnie sposób zamykania – klasyczna nakrętka. Zdecydowanie wolałabym zamknięcie na zatrzask, które jest po prostu bardziej praktyczne. Używałam go w okresie, gdy skóra dłoni była mocno przesuszona, więc efekt odżywienia był dla mnie kluczowy, a lekka „kołderka” natłuszczenia w ogóle mi nie przeszkadzała. Szybko znikała, a konsystencja była dość treściwa. Stosowałam go przez większą część tropikalnego lata i byłam naprawdę zadowolona z efektów. Możliwe, że kiedyś do niego wrócę – a jeśli zmieni się rodzaj zamknięcia, to na pewno!
Jestem wielką fanką oferty Bath & Body
Works, jednak żel pod prysznic Endless Sea wyjątkowo
mnie zmęczył swoim zapachem. Patrząc na spis nut (świeża
bergamotka, lilia słonowodna i dryfujące w oceanie drewno),
zupełnie nie odnajduję się w opisie producenta, który porównuje
go do „beztroskiego oglądania wschodu słońca nad oceanem”. Dla
mnie to zapach wyjątkowo mdłego melona.
Za to zupełnie
oszalałam na punkcie aromatu Iced Sugar Plum i w tym
przypadku celowo wydłużałam sobie przyjemność, by cieszyć się
nim jak najdłużej. W poprzedniej części pisałam o żelu pod
prysznic, a tym razem był to krem do ciała. Nadal mam nadzieję, że
uda mi się dorwać mgiełkę do ciała z tej serii.
Krem do stóp Eveline Revitalum 10% (kwas glikolowy, cytrynowy i mlekowy) pojawia się tutaj regularnie, więc doskonale wiecie, że bardzo go lubię. Perełka za grosze – będę to powtarzać!
Latem zapragnęłam odmiany i sięgnęłam po Naturium Bio-Lipid Restoring Body Lotion, który okazał się całkiem udany. Może nie na tyle, by od razu kupować kolejne opakowanie – głównie ze względu na system dozowania… Na szczęście konsystencja ratuje sytuację, bo produkt łatwo spływa wewnątrz opakowania i bez problemu można przełożyć końcówkę do innego pojemnika (zostało mi ok. 50 ml).
Z jednej strony to formuła treściwa, ale na skórze szybko nabiera lekkości, dobrze się rozprowadza i pozwala od razu nałożyć ubranie. Dla zdrowej skóry, bez większych problemów, będzie w sam raz. Kupiłam go głównie z myślą o stosowaniu na obszarach dotkniętych zmianami łuszczycowymi, więc był raczej dodatkiem do istniejącej pielęgnacji niż jej bazą. Zaskoczył mnie jednak małą wydajnością – liczyłam na dłuższy czas użytkowania niż ok. 1,5 miesiąca. Pod koniec stosowałam go już głównie jako krem do rąk. Fajnie było go poznać, ale czy kupię ponownie? Raczej nie.
Za to regularnie wracam do Ducray Kertyol PSO Concentrate, który – pomimo przedziwnej kompozycji zapachowej (serio, dlaczego zdecydowano się na taki wariant?!) – wygrywa u mnie działaniem. W tym przypadku właściwości zdecydowanie stawiam na pierwszym miejscu.
O szamponie Heiki Heiki Volume Shampoo Mimosa & Eucalyptus Scent wspominałam już tutaj: 👉HOP i kupiłam kolejne opakowanie. Być może za jakiś czas pojawią się dodatkowe wnioski, ale na ten moment dobrze wywiązywał się ze swojej podstawowej funkcji: skutecznie mył i oczyszczał skórę głowy oraz włosy. Zwiększenia objętości nie odnotowałam, natomiast bardzo doceniłam efekt ukojenia oraz brak konieczności sięgania po odżywkę – włosy bez problemu dawały się rozczesać. Gęsta, kremowa konsystencja sprawia, że szampon jest bardzo wydajny, a zapach zdecydowanie umila jego stosowanie.
Z uwagi na zaostrzenie łuszczycy, również na owłosionej skórze głowy, sięgnęłam po dobrze znany Paraderm Forte – szampon z dziegciem, ichtiolem i cyklopiroksem. Jako opcja wspomagająca świetnie sprawdza się Ameliorate Soothing Scalp Essence, która na stałe zagościła w mojej rutynie.
Na koniec zamykam przygodę z peelingiem
trychologicznym Ekspert Kosmetyczny Joanna Skrzypczak – tym
razem były to Osypane Dziki, które nie różnią się
niczym od wersji opisywanych wcześniej :)
Więcej na ten temat
znajdziecie 👉 TUTAJ
Kosas Sport Chemistry AHA Serum Deodorant to jeden z tych produktów, do których wracam regularnie. Najczęściej wybieram wersję Beachy Clean, ale równie mocno lubię Serene Clean oraz Fragrance Free.
Byłam ogromnie sceptyczna —
przerobiłam już mnóstwo naturalnych dezodorantów i
antyperspirantów i żaden nie sprawił, żebym była choć odrobinę
zadowolona. Zawsze pojawiało się jakieś „ale”.
Aż tu
nagle… Kosas. Chylę czoła i chcę więcej! 😄 Zaczęłam
kupować po dwie sztuki na raz i absolutnie nie zapowiada się na
zmianę. Nie jestem fanką sztucznie wykreowanej filozofii „clean
beauty”, ale w tym przypadku marka zrobiła coś naprawdę
świetnego.
Co jest kluczowe? Brak sody oczyszczonej i
realne działanie.
Formuła bazuje m.in. na kwasach AHA
(szikimowym, migdałowym i mlekowym), które przy regularnym
stosowaniu naprawdę robią różnicę. Na początku używałam go
codziennie, później przeszłam na tryb mieszany — czasem nie
używam nic, a czasem sięgam po spray lub eko kulkę (polecam Lavera
Refreshing Organic Lime & Verbena).
Serene Clean ma delikatną cytrusową nutę,
która szybko znika, a jednocześnie świetnie neutralizuje zapach
potu. Działa u mnie przez cały dzień, niezależnie od poziomu
aktywności.
Fragrance Free jest równie dobry, a może
nawet lepszy — całkowicie bezzapachowy, bez woni składników,
absolutnie neutralny w ciągu dnia.
Beachy Clean według
producenta ma tropikalno-świeży charakter — mnie kojarzy się z
morską bryzą w upalny dzień. Jest delikatny i bardzo szybko się
ulatnia.
Nie mam problemu z nadmierną potliwością, ale wiadomo — gruczoły pracują. Tutaj jednak pot pozostaje bezwonny, a ubrania wolne od plam. Konsystencja jest wodnista, nietłusta i nielepka. Przy rozsądnej ilości produkt wysycha w kilka chwil i nie brudzi ubrań — ani jasnych, ani ciemnych.
Po depilacji robię zwykle dzień przerwy (zabieg
i tak wykonuję zazwyczaj wieczorem).
Opakowanie jest lekkie,
poręczne i praktyczne. 70 ml za 14 £, PAO: 12 miesięcy.
Dla mnie? Kosmetyk bez wad. 😄
Gdybym miała podsumować ubiegły czas pod kątem stylizacji włosów, to od razu na myśl przychodzą produkty R+Co Bleu: Highest Volumizing Mousse, Surreal Styling Serum oraz Super Style Crème. 👉 KLIK KLIK
Choć pianka stała się moim numerem jeden, rozważam ponowny zakup kremu i serum. To pewnie nie wydarzy się szybko, ale zdecydowanie mam je na uwadze.
Bardzo rozczarował mnie tzw. downsizing (pisałam o nim tutaj: 👉 wchodzę!), który nieoczekiwanie zafundowała marka Cztery Szpaki. Choć zapewne nadal będę kupować ich mydła w płynie, wariant Miłość — wbrew nazwie — nie rozkochał mnie w sobie. W kompozycji zapachowej dominuje paczula, która mnie tutaj całkowicie pokonała. Niestety zakupy w ciemno zawsze niosą ze sobą pewne ryzyko. Właściwości, jak zwykle, stoją na wysokim poziomie, jednak zapach zdecydowanie nie jest dla mnie. Udało mi się jeszcze kupić Cytrynę i miętę w starej pojemności, więc za kilka miesięcy podejmę decyzję, co dalej.
Do dobrze znanych i chętnie kupowanych produktów należą: QV Gentle Wash, Hairmoji Juicy Curls Aktywator skrętu, Satin Care Sensitive Aloe Vera Glide Scented Shave Gel oraz Arkana Snow Fungus Mask — o nich na blogu znajdziecie wiele wzmianek.
Nowością okazał się Your Kaya – łagodzący płyn do higieny intymnej, który mile mnie zaskoczył, mimo że kilka z Was mnie przed nim ostrzegało. Nie odnotowałam żadnej niepożądanej reakcji, więc kupiłam kolejne opakowanie. Produkt dobrze spełnia swoje zadanie, jest wydajny i ma wygodne opakowanie z dozownikiem.
Przyszła pora, by definitywnie pożegnać się z ofertą Slurp Laboratories. Jest mi z tego powodu bardzo smutno, tym bardziej że do końca nie wiem, co właściwie się tam wydarzyło. Czytając jednak komentarze, mam poczucie, że odbudowa zaufania będzie niezwykle trudna. Szkoda, wielka szkoda… Tym bardziej że bardzo trudno znaleźć alternatywy dla takich produktów jak Decalt, Preparation B5 czy Hydromer. Najbardziej żałuję właśnie Preparation B5 — był dla mnie produktem idealnym. Na razie nie szukam następcy, choć nie ukrywam, że bardzo bym chciała. Jest to frustrujące, zwłaszcza że z rynku zniknęła wcześniej marka A. Florence ze swoim fantastycznym Milky Toner, a teraz Slurp. Teoretycznie takich produktów jest wiele, ale… właśnie — teoretycznie.
Zużyłam kolejne — i z pewnością nie ostatnie — opakowanie Clinique Take The Day Off Makeup Remover. Bardzo lubię tę dwufazę i nic nie wskazuje na to, bym miała z niej zrezygnować. Kupuję ją w rotacji z dwufazą Nivea i gdyby nie fakt, że schodzą u mnie dosłownie jak woda (!), to po Clinique sięgałabym częściej (mam węża w kieszeni 😄). Do tego wciąż nie rozumiem, dlaczego tego typu produkty nie są sprzedawane w większych pojemnościach. Co prawda od kilku lat używam maskar zmywalnych wodą, ale wśród kolorowych kosmetyków do oczu często sięgam po formuły długotrwałe — i wtedy dwufaza jest dla mnie niezbędnym pierwszym etapem demakijażu.
To akurat miniatura, ale Kate Somerville KateCeuticals Total Repair Cream okazał się bardzo dobrym kremem regenerującym. Wywiązuje się ze swoich obietnic i myślę, że osoby szukające skutecznego produktu regenerującego, dysponujące większym budżetem, nie poczują się nim rozczarowane. Chętnie sięgam również po miniatury Lancôme Rénergie H.P.N. 300 Peptide Cream. To bardzo dobry krem, szczególnie dla osób lubiących treściwe, gęste „otulacze”, które jednocześnie nie pozostawiają uczucia obciążenia skóry. Najczęściej zabieram go na wyjazdy — małe opakowanie nie obciąża bagażu, a ja zawsze mogę liczyć na jego właściwości. Sprawdza się zarówno na noc, jak i na dzień, pełniąc jednocześnie rolę dobrej bazy pod makijaż.
Mam słabość do oferty Natural Secrets,
dlatego z przyjemnością sięgnęłam ponownie po Micelarny
balsam myjący — i sama zaskoczyłam się tym, jak duże mam do
niego przywiązanie. Pierwszy wpis na blogu pojawił się kilka lat
temu
👉
https://www.1001pasji.com/2020/11/kosmetyczny-zachwyt-i-objawienie-roku.html
i
wciąż pozostaje aktualny. To jedna z polskich manufaktur, która
zachwyca mnie na wielu poziomach, i mam ogromną nadzieję, że nic
się w tej kwestii nie zmieni.
Do bardzo udanych spotkań — i zdecydowanie
wartych powtórzenia — zaliczam Tatcha The Indigo Cleansing
Balm. Pełna recenzja na pewno pojawi się na blogu, a jeśli
ktoś jest ciekaw moich dotychczasowych wrażeń, zapraszam tutaj:
👉
https://www.1001pasji.com/2025/07/kosmetyki-tatcha-przewodnik-opinie.html
Zakupem zupełnie przypadkowym okazał się krem barierowy nawilżająco-kojący Bielenda Hydro Lipidium, który niestety nie przekonał mnie pod żadnym względem. Nie odczułam ani wyraźnego nawilżenia, ani ukojenia, a dodatkowo nie polubiłam jego konsystencji i wykończenia na skórze. Teoretycznie nie obciążał cery, ale miałam wrażenie, że zastyga i zachowuje się jak plaster — bardziej przeszkadzając, niż pomagając.
Z kolei Opalescence Whitening Toothpaste Cool Mint with Fluoride stała się moim absolutnym hitem. Będę kupować ją regularnie, a producentowi należą się dodatkowe brawa za dostępność wersji travel size.
Do ścisłej grupy moich faworytów wśród produktów z witaminą C bez wahania trafia Medik8 C-Tetra Advanced. To serum jest dla mnie po prostu genialne i zdecydowanie będę do niego wracać. Podtrzymuję wszystko, co już napisałam na jego temat — pierwsze wrażenia pozostają w pełni aktualne: 👉 czytam!
Z kolei spotkanie z ofertą My Magic Essence oceniam na 3/5 — i uczciwie przyznaję, że ta trójka jest dość mocno naciągana. Nie czuję przekonania do dalszego eksplorowania oferty, a jeśli miałabym do niej wrócić, to wyłącznie do balsamu do ust oraz ewentualnie produktu do twarzy. Przy czym balsam do ust ma zdecydowanie największe szanse, głównie ze względu na moje obecne potrzeby.
Dużym rozczarowaniem okazała się dla mnie pianka do oczyszczania twarzy Ocean Pure. Ostatecznie nie jest to kosmetyk, o którym w ogóle pomyślałabym w kontekście powrotów — kupiłam, zużyłam i nie widzę dla niej miejsca w mojej pielęgnacji. Pink Touch Hydro Shot to z kolei przyjemny krem do codziennego stosowania, jednak przy tej cenie, pojemności i — a raczej jej braku — wydajności, nie zachęca mnie do regularnych zakupów.
Ogromną zaletą Luxe Balm jest jego zapach, choć same właściwości również stoją na bardzo dobrym poziomie. To udana opcja do zadań specjalnych i w tym przypadku zostawiam sobie uchyloną furtkę. Szczegółowo omawiałam te produkty przy okazji tego wpisu: 👉 klik klik
Do stałych pozycji, po które sięgam regularnie,
bez wątpienia należy Tatcha Indigo Overnight Repair, który
doczekał się osobnej recenzji: 👉CUDO
W
kolejce czeka Oskia Rest Day Barrier Repair Balm, o którym
pisałam już sporo w poprzedniej części Akcji Zerowanie:
👉 HOP
Bardzo miłym zaskoczeniem okazał się Resibo Cream de la Cream i tym samym trwa dalsze „ocieplanie” wizerunku marki w moich oczach. Ten proces zaczął się dwa lata temu, kiedy kupiłam żel do mycia twarzy Rich Peach, do którego okazjonalnie wracam. Kiedyś o nim więcej napiszę.
Co prawda mam kilka zastrzeżeń do Cream de la Cream, jednak na razie odkładam je na bok — na podsumowanie przyjdzie jeszcze pora 🙂 Tak, kupiłam kolejne opakowanie! 😄
Ucieszyło mnie również nowe opakowanie Your Kaya – Nawilżający żel do mycia twarzy i okolic oczu, które sprawia, że z jeszcze większą chęcią będę do niego wracać. Właściwości i działanie pozostają naprawdę bardzo dobre:
👉 https://www.1001pasji.com/2024/12/akcja-zerowanie-minirecenzje-w-piguce.html
Niestety spotkanie z Cetonia Fragaria ✨ nie do końca się udało 😉
Delikatna śmietanka oczyszczająca Fragaria polskiej marki Cetonia (dawniej Szmaragdowe Żuki). Pomyślałam, że być może zastąpi moje ukochane mleczko Oio Lab O-Mega Milk (rewelacja ❤️).
I tutaj pojawiło się zaskoczenie… Fragaria to produkt stricte do mycia twarzy, dlatego sprawdza się wyłącznie jako drugi etap oczyszczania wieczorem albo przy okazjonalnym myciu porannym — czego ja praktycznie nie praktykuję, bo zazwyczaj wystarcza mi sama woda 💧
Co mi się podoba:
– delikatna,
emulsyjno-żelowa formuła,
– dobry poślizg i przyjemne
rozprowadzanie,
– w kontakcie z wodą zamienia się w lekki
mus (bez piany).
Minusy:
– nie radzi sobie z pełnym
makijażem ani filtrami,
– przy mojej skórze i oczekiwaniach
wypada blado na tle Oio Lab,
– cena: 150 ml / 115 zł vs. Your
Kaya 150 ml / ok. 50 zł (+ opcja większych pojemności).
👉
KLIK
KLIK
Do Charlotte Tilbury Airbrush Flawless Setting Spray wracam regularnie: 👉 hop
Co prawda na rynku pojawił się imponujący konkurent, więc jestem bardzo ciekawa, jak to się dalej potoczy 😄
W kwestii farbowania brwi od wielu lat pozostaję wierna marce RefectoCil. Tym razem zużyłam do końca odcień, którego używałam w trakcie przerw w hennie — okazał się bardzo pomocny.
Ministerstwo – pomadka ochronna do ust Miód
trafiła niestety na listę kosmetycznych rozczarowań 2025:
👉
https://www.1001pasji.com/2025/12/kosmetyczne-rozczarowania-2025-produkty.html
Nie było wcześniej okazji, by omówić pomadkę ochronną Harry Potter Aura Distribution, którą poznałam jakiś czas temu i która na tyle mnie zaskoczyła, że postanowiłam do niej wrócić. Będę jeszcze rozwijać ten temat — udało mi się zrobić mały zapas, a dodatkowo dostałam w prezencie kilka innych wariantów z tej serii. Moim zdaniem to bardzo udane pomadki ochronne w ekonomicznej cenie. Opakowania może nie są imponujące, ale… wybaczam 😉
Na koniec — zupełnie nie przypuszczałam, że Tatcha Luminous Dewy Skin Mist stanie się u mnie pozycją obowiązkową, szczególnie w okresie jesienno-zimowym. W tym czasie zdecydowanie częściej sięgam po nią niż po spray Charlotte Tilbury, choć oczywiście są to produkty o zupełnie innym charakterze i trudno je bezpośrednio porównywać. Pełna recenzja jest już w przygotowaniu!
Na wyróżnienie zasługuje *Dermomedica Azelaic Clarifying Shampoo and Peeling — trychologiczny szampon i peeling oczyszczający, który otrzymałam w prezencie. Początkowo nie byłam do niego przekonana, głównie dlatego, że wcześniejsze spotkania z ofertą tej firmy kończyły się u mnie rozczarowaniem. Tym razem było inaczej i bez wahania wrzucam go na listę zakupów.
Doceniam działanie w obu zakresach — zarówno jako szampon, jak i peeling oczyszczający, również w kontekście łagodzenia zmian łuszczycowych. Odpowiada mi konsystencja, zapach, wydajność oraz rodzaj dozownika — pomysł na opakowanie airless jest zdecydowanym plusem.
Dla mnie to szampon w stylu wash & go — nie wymaga odżywki. Łączy się z wodą bardzo szybko i tworzy dość gęstą pianę. Po jego zastosowaniu włosy rozczesują się bez problemu, stają się przyjemne w dotyku, odbite u nasady, a skóra głowy jest wyraźnie ukojona. Gdyby nie fakt, że w ostatnim czasie miałam szczęście do idealnie dopasowanych szamponów, kupowałabym go od razu — dlatego na razie wstrzymuję się z zakupem.
Szkoda, że firma zrezygnowała z mniejszej pojemności na rzecz pakietu w saszetkach (10×10 ml). To dość dziwaczne rozwiązanie — choć pod pewnymi względami praktyczne, ja nawet poza domem wolę mieć wygodną butelkę niż saszetki.
W kwestii pielęgnacji to już prawie wszystko. Prawie, ponieważ postanowiłam uwzględnić również zużycia z okresu wyjazdów. Nie ma ich wiele, ale jednak warto je omówić.
Poznałam piankę do mycia twarzy Sensum Mare Algopure, która okazała się bardzo zwyczajna. Nic nadzwyczajnego — podobnie jak Merit Great Skin Double Cleanse 👉 https://www.1001pasji.com/2025/12/kosmetyczne-rozczarowania-2025-produkty.html
I szczerze mówiąc, w obu przypadkach nie widzę uzasadnienia dla ich cen, przy czym Sensum Mare i tak wypada bardziej budżetowo 😄
Nie mogło zabraknąć Hairmoji Juicy Curls, który pełni u mnie funkcję zarówno odżywki bez spłukiwania, jak i stylizatora w jednym. Pełna recenzja pojawi się wkrótce. Zabrałam ze sobą również miniatury kulek Kosas — to bardzo dobre rozwiązanie przy ograniczonym bagażu, ponieważ taka forma doskonale sprawdza się w podróży.
Odnowiona przygoda z pielęgnacją ciała Nivea zaczęła się od balsamu Repair & Care z 10% gliceryny, prowitaminy B5 i niacynamidu, który bardzo mile mnie zaskoczył. Spełnił swoje zadanie i dobrze się go używało, choć do grona moich faworytów nie trafił.
Po pierwsze — nie przepadam za
opakowaniem, które niemal od początku musiałam trzymać odwrócone,
aby korzystać z niego bez frustracji. Zdecydowanie wygodniejsze są
dla mnie klasyczne słoiki lub pudełka z bezpośrednim dostępem do
produktu.
Po drugie — konsystencja jest aksamitna i
gładko sunie po skórze, jednak wymaga starannego rozprowadzenia.
Potrafi się mydlić i smużyć, co wydłuża czas aplikacji, a nie
zawsze mam na to czas i ochotę.
Po trzecie — poznałam
inne kremy z tej serii i, jak wspominałam na wstępie, wariant z 18%
gliceryny, prowitaminą B5 i mocznikiem oczarował mnie od
pierwszego użycia. Dlatego zwycięzca mógł być tylko jeden 😄
Zabrałam ze sobą również Slurp Laboratories Preparation B5 i było to bardzo dobre posunięcie.
Używałam go w duecie z Krave Beauty Oil La La Blemish Balancing, Skin-Soothing Serum, którego końcówkę później przekazałam do testów. Miałam także miniaturę pianki myjącej do twarzy i oczu Pharmaceris A Puri-Sensilium, którą bardzo lubię i do której chętnie wracam.
Zużyłam również Dermalogica BioLumin-C Serum, należące do ścisłego grona moich faworytów. Końcówkę oddałam do wypróbowania — i jak się okazało, było to bardzo trafne posunięcie. Dla mnie to serum to absolutny HIT, dla drugiej osoby… już niekoniecznie. Życie 😄 To tylko potwierdza, jak ważne jest testowanie kosmetyków przed zakupem pełnowymiarowego opakowania.
Z tego powodu bardzo chętnie sięgam po miniatury. Kiedy dostałam w prezencie zestaw Skinfix Barrier+, postanowiłam poznać go jeszcze przed wyjazdem, aby zdecydować, co dalej. Kosmetyki zachwyciły mnie na tyle, że pojechały ze mną. Z całej trójki najchętniej wrócę do Barrier+ Triple Lipid-Peptide Cream oraz Barrier+ Foaming Oil Cleanser.
Komfortowe konsystencje oraz działanie zgodne z obietnicami producenta zdecydowanie zachęcają do powrotu — temat na pewno jeszcze rozwinę.
Miałam ze sobą również Biossance Omega Repair Cream, który pełnił rolę bazowego produktu do codziennej pielęgnacji oraz nocnych połączeń. Bardzo lubię takie kosmetyki i tym razem również się nie zawiodłam. Konsystencja wydaje się dość treściwa, ale krem gładko rozprowadza się na skórze i nie daje efektu obciążenia. Po aplikacji pojawia się mój ulubiony efekt zmiękczenia i „otulającej kołderki”. Dodatkowo sprawdza się jako dobra baza pod makijaż.
W zależności od potrzeb wzmacniałam jego działanie zabranymi ze sobą serami. Łącząc go z Dermalogica BioLumin-C Serum, potrzebowałam naprawdę niewielkiej ilości samego kremu — to zasługa lekkiej, ale skutecznej formuły serum. Wrzesień i duża część października były wyjątkowo ciepłe, a jednocześnie był to dla mnie dość wymagający czas. Krem świetnie poradził sobie także solo, stanowiąc solidne wsparcie dla skóry. Niewykluczone, że jeszcze do niego wrócę. Moje opakowanie pochodzi z edycji limitowanej, więc nie sugerujcie się wyglądem — produkt jest dostępny w stałej sprzedaży.
Podczas wyjazdu, poza ulubionym Hairmoji, miałam ze sobą również Oribe Dry Texturizing Spray👉recenzja
To nieco naciągane „zerowanie”, ale chciałam pokazać moje wieloletnie przywiązanie do tego produktu. Zużyłam sporą część opakowania, które czekało na mnie na miejscu, a następnie zastąpiłam je nowym — zostawionym na kolejny pobyt, by nie wozić go ze sobą. W każdym razie to kosmetyk, który zawsze staram się mieć pod ręką.
W tym czasie zużyłam również dwa błyszczyki Victoria Beckham Beauty Posh Gloss — i dobrze, że miałam je oba, ponieważ w jednym z nich złamał się uchwyt aplikatora. Pierwszy raz spotkała mnie taka sytuacja i byłam naprawdę zaskoczona. Gdybym nie miała drugiego egzemplarza, zapewne musiałabym go wyrzucić. Tak pojawiła się dodatkowa motywacja, by wyzerować oba do końca — i udało się! 😊 Bardzo lubię ich formułę oraz właściwości i mam już na oku nowy kolor.
Do wyjazdowych zużyć zaliczam również Huda Beauty Easy Bake Setting Spray. Celowo zabrałam miniaturę, której końcówkę przekazałam koleżance do testów.
Zostawiam go „ku pamięci”. To całkiem niezły spray utrwalający, zamknięty w poręcznym, przyjaznym opakowaniu — idealnym na mobilne okazje. Owszem, dozownik nie jest najlepszym rozwiązaniem, jednak nie wpływa to na jakość utrwalenia. Większe lub mniejsze krople szybko zanikają i nie naruszają makijażu. Produkt dobrze wywiązuje się ze swojego zadania.
Raczej nie kupię go ponownie, ponieważ znalazłam dla siebie coś naprawdę WOW. Easy Bake Setting Spray zostanie u mnie jako opcja rezerwowa — tak, na wszelki wypadek.
Na zakończenie zostawiam garść kosmetyków do makijażu.
Zużyłam do końca Charlotte Tilbury Hollywood Flawless Filter w kolorze 1 Fair. To kosmetyk, od którego oczekiwałabym już tylko jednego — zdecydowanie chłodniejszego odcienia. Poza tym jest świetny, a moim ulubionym kolorem pozostaje 4 Medium. Nie przepadam za ciężkim, szklanym opakowaniem ani za rodzajem aplikatora, jednak do tej pory nie znalazłam produktu, który byłby jego odpowiednikiem 1:1. Co prawda mam coś nowego, ale zdecydowanie za wcześnie, by pisać cokolwiek wiążącego… nie zapeszam! 😉
Szalony, zielony tusz YSL Lash Clash Extreme Volume Mascara w odcieniu 03 Scandalous Green opisałam już na blogu 👉prezentacja i omówienie
Teraz przede mną testy kolejnego koloru — 05 Sassy Burgundy.
Tak bardzo polubiłam MAC Macstack Mascara Brown – Chestnut Stack, że kupiłam już kolejną sztukę i wszystko wskazuje na to, że zostanie ze mną na długo. Świetna trwałość, piękny efekt i bardzo łatwy demakijaż — komplet, który naprawdę doceniam.
Pożegnałam się również z korektorem Givenchy
Teint Couture Everwear Concealer w kolorze 10, który
miałam jeszcze w zapasach po informacji o jego wycofaniu. Był
świetny pod wieloma względami, o czym pisałam tutaj:
👉
https://www.1001pasji.com/2023/02/akcja-zerowanie-czyli-kosmetyczne.html
Jedną z moich ulubionych pomadek ochronnych,
kupowaną regularnie — i to często hurtowo — jest Cattier
Soin Lèvres Olive–Mangue Sauvage / Lip Care Repairs, Nourishes
Olive – Wild Mango.
👉
https://www.1001pasji.com/2023/03/pielegnacja-ust-hity-przeglad-i-mini.html
Udało mi się w końcu zużyć błyszczyk Fenty Beauty Gloss Bomb Universal Lip Luminizer w odcieniu Hot Chocolit. Jak na pojemność zaledwie 9 ml miał wyjątkową wydajność — po części dlatego, że miałam z nim dość skomplikowaną relację. Do dziś nie wiem, skąd brały się tak różne reakcje. Bywały okresy, gdy sięganie po niego było czystą przyjemnością, ale zdarzały się też momenty, gdy podrażniał mi usta i przeszkadzał wyraźnie wyczuwalny brokat. Uwielbiam go za kolor, jednak nie jestem pewna, czy zdecyduję się na powtórkę tej przygody. Nie wykluczam testów innego odcienia, ale raczej w bliżej nieokreślonej przyszłości.
Analiza kolorystyczna oraz etap zmian, które po niej nastąpiły, szybko pokazały, że zakup pomadki Victoria Beckham Beauty Posh Lipstick – Jump nie był dobrą decyzją. Na szczęście udało mi się ją zużyć dzięki Jane Iredale Just Kissed Lip and Cheek Stain – Forever Red, która również nie mieści się w palecie moich barw. Temu tematowi poświęciłam osobny wpis: 👉 klik
Zużyłam także sypki puder Rodial Glass Powder Loose Blurring Powder, który kiedyś bardzo lubiłam: 👉klik klikDziś jednak sięgałam po niego znacznie rzadziej, a korzystanie z niego zaczęło mnie zwyczajnie męczyć. Mój stosunek do pudrów — zarówno sypkich, jak i prasowanych — mocno się zmienił, głównie ze względu na kondycję skóry i problemy związane nie tylko z zaostrzeniem łuszczycy. Ten wątek na pewno rozwinę w osobnym wpisie, bo mam tu naprawdę sporo do powiedzenia.
Z łezką w oku żegnam również cudowny Marc Jacobs Finish Line Perfecting Coconut Setting Powder, któremu kiedyś poświęciłam osobną recenzję: 👉 https://www.1001pasji.com/2019/01/marc-jacobs-finish-line-perfecting.html
Wciąż mam nadzieję na powrót makijażowej odsłony Marc Jacobs Beauty. Nie liczę na wierną powtórkę, ale chciałabym wierzyć, że nadal byłoby w czym wybierać — w tamtym czasie hitów zdecydowanie nie brakowało.
Przez długi czas w moich zbiorach gościła także konturówka do ust Lisy Eldridge z zestawu Velvet Beauty Kit (Fantasy Florals Lip Kit). Zachwycałam się nią długo i bez dwóch zdań — jakość była wybitna. Jednocześnie to kolejna lekcja dla mnie, by nie szaleć z konturówkami, bo sięgam po nie rzadko i używam wyłącznie do zaznaczenia konturu. Zdecydowanie bardziej doceniam pomadki, które nie wymagają ich użycia — i to właśnie po takie najczęściej sięgam.
W pełnym wymiarze miałam również Hourglass Ambient Lighting Powder – Mood Light i w końcu udało się dobić dna. Ze względu na kolor i wykończenie traktowałam go raczej jako rozświetlacz lub topper do wybranych różów. Nie mam mu absolutnie nic do zarzucenia — uważam, że pudry z tej linii są genialne. Zmieniły się jednak moje makijażowe preferencje, dlatego na razie nie planuję powrotu do tego konkretnego odcienia.
Od jakiegoś czasu konsekwentnie zmniejszam swoje zasoby perfum i powoli zaczyna mi się to udawać. Tym razem do tej puli zaliczę Guerlain Shalimar Philtre de Parfum EDP, który kiedyś otrzymałam w pojemności 50 ml. Pomyślałam wtedy, że to idealny rozmiar na mobilne okazje. Wciąż mam jeszcze flakon 90 ml, więc przez długi czas będę mogła cieszyć się tym flankerem. Lubię go za niezobowiązującą lekkość — zapach jest wyczuwalny, ale nie męczy otoczenia.
Do sentymentalnych pożegnań zaliczam Calvin Klein Sheer Obsession EDP. Te perfumy od dawna nie są dostępne i osiągają dziś zawrotne ceny, co w przypadku zapachów uważam za dość absurdalne. Kiedyś szalałam na ich punkcie i nadal bardzo dobrze mi się je nosiło, jednak przyszedł moment, by zrobić miejsce na nowe kompozycje i nie martwić się o ich jakość w przyszłości. Co ciekawe, na przestrzeni lat zapach nie zmienił się praktycznie wcale — a był to już zakup dokonany długo po wycofaniu go z rynku. Wielka szkoda, że zniknął z oferty.
Pamiętam, jaki był szał na L’Erbolario Meharees — głównie za sprawą podobieństwa do Musc Ravageur Frederica Malle. Tym bardziej ucieszył mnie prezent w tej postaci. Według mojego nosa Meharees rzeczywiście zbliża się do Musc Ravageur po reformulacji, choć jest od niego wyraźnie bardziej rozwodnione i ulotne. MR wciąż ma pazur — może nie na taką skalę jak przed zmianami, ale nadal potrafi zaznaczyć swoją obecność. To kolejny dowód na to, że wszelkie odpowiedniki czy alternatywy nie zawsze okazują się dobrym wyborem. Meharees było ciekawym nawiązaniem, jednak znając oryginał sprzed lat (a wciąż mam jego resztki), wiem, że była to jedynie przelotna fascynacja. 😉
Bardzo wesołym, wdzięcznym i kobiecym zapachem okazało się Elle L’Édition EDP. W pewnym stopniu przypominało mi nieodżałowane Par Amour Toujours marki Clarins — było swoistym poprawiaczem nastroju.
Z kolei Yves Rocher Quelques Notes d’Amour Eau de Parfum zostawiły po sobie wyłącznie przyjemne skojarzenia. Mam słabość do oferty Yves Rocher — co prawda rzadko bywam w ich sklepach i jeszcze rzadziej coś kupuję, ale sentyment pozostał. Sam zapach bardzo wpisuje się w klimat, który lubię: słodki, otulający, z wyraźnie wyczuwalną różą.
W związku z dłuższym pobytem poza domem nie skupiałam się na eliminacji dekantów i sampli. Do podręcznego pudełka trafiło jednak kilka pozycji, z których na szczególne wyróżnienie zasługuje Eau d’Italie Paestum Rose — zapach, który uwielbiam. Na szczęście mam jeszcze cały flakon w swoich zasobach, bo kompozycja została wycofana… chlip, chlip.
Kiedyś rozważałam zakup Serge Lutens Fumerie Turque EDP, jednak ta odlewka upewniła mnie, że po wszystkich zmianach, jakie zaszły w obrębie marki, na razie odkładam ten temat na bok.
Czasami wracam do Dior J’adore EDT i za każdym razem utwierdzam się w przekonaniu, że wolę je wąchać niż nosić. Za to bardzo przyjemnie było sięgać po Calvin Klein Downtown EDP — kolejny przykład na to, że udana kompozycja CK znika z regularnej sprzedaży. Jestem niemal pewna, że gdzieś w zapasach mam jeszcze pakiet sampli tego zapachu, więc z przyjemnością je zużyję.
To już wszystko na dziś. 😄
Dobrze
było podsumować własne wrażenia i wnioski. Lubię przygotowywać
tego typu wpisy, bo są dla mnie przede wszystkim okazją do
uporządkowania całości — a to z kolei realnie wpływa na dalsze
decyzje zakupowe i nie tylko.
A jak jest u Was?
Pozdrawiam serdecznie i do następnego razu! 💛

















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Entuzjastka świadomej i skutecznej pielęgnacji. Działająca niekomercyjne i hobbystycznie. Jest to jedna z moich stref relaksu :) Poznaj mój świat określany przez potrzeby skóry/rosacea w remisji. Od dawna nie gonię kosmetycznego króliczka, nie testuję TYLKO sprawdzam i
dopasowuję poszczególne elementy, by całość była spójna.
1001 Pasji, to wiele stron jednej kobiety <3
#freefromPR
Dziękuję za wszystkie Wasze komentarze, każdy z nich sprawia że TO miejsce ożywa dzięki WAM!
Jeżeli jeśli chcesz zaprosić mnie na swoją stronę, nie wklejaj linków w komentarzach. W wolnej chwili zajrzę z chęcią do Ciebie :)
Zastrzegam sobie prawo do usunięcia reklamowych postów, które zostaną zamieszczone bez mojej zgody.