Zapraszam na kolejną porcję kosmetycznych podsumowań w ramach Akcji Zerowanie, w której omawiam zużyte produkty. Ta gromadka pochodzi z ostatnich sześciu miesięcy i sama jestem mile zaskoczona, że tym razem jest tego… jakby mniej? A na pewno całość wydaje się dużo bardziej uporządkowana. To efekt dużych zmian zarówno w pielęgnacji, jak i podejściu do zakupów.
Życzę Wam dobrej lektury i koniecznie dajcie znać, co szczególnie przyciągnęło Waszą uwagę :) Może mamy wspólnych ulubieńców albo — wręcz przeciwnie — podobne rozczarowania?
Zestawienie otwierają żele do włosów: SheaMoisture Coconut & Hibiscus + Flaxseed Curl Defining Gel oraz Jamaican Black Castor Oil + Flaxseed Strong Hold Styling Gel. Nie zużyłam ich do końca, choć pierwszy wariant miał zdecydowanie większy stopień zużycia. Polubiłam go bardziej, jednak żaden z nich nie był w stanie zastąpić mojego ukochanego Shea Moisture Raw Shea & Cupuacu Frizz Defense Gel Cream, który po cichu został wycofany z oferty. W zapasie została mi już tylko ostatnia sztuka, więc naturalnym krokiem było poszukiwanie następcy i poznanie pozostałych produktów marki. Niestety, bez większego powodzenia.To były naprawdę duże pojemności, ponad 400 ml każda, więc dla osób z bardzo długimi i gęstymi włosami mogłyby okazać się świetnym wyborem. Zakładam, że gdyby ich właściwości lepiej odpowiadały moim potrzebom, również byłabym bardziej zadowolona. Coconut & Hibiscus + Flaxseed Curl Defining Gel był najbliżej mojego ideału, ale dawał wyraźnie mniejszą objętość, słabiej pogrubiał włosy i zapewniał dużo delikatniejsze utrwalenie. Ostatecznie uznałam, że po znacznym przekroczeniu PAO nie ma sensu zmuszać się do dalszego zużywania. Tym bardziej, że był to już moment, w którym odkryłam genialną piankę R+Co Bleu Highest Volumizing Mousse i zdecydowanie wolałam sięgać po kosmetyk, który w pełni spełniał moje oczekiwania.Zakup Clarins Moisture-Rich Body Lotion był całkowicie spontaniczny. Potrzebowałam odmiany i dobrze znałam już sam produkt, nowością była jedynie większa pojemność. I właśnie tutaj pojawił się problem. Butelka została wykonana z dość twardego tworzywa, nie posiada pompki, a sam balsam ma zwartą konsystencję, przez co praktycznie od początku musiałam przechowywać opakowanie do góry nogami. Produkt nie spływa swobodnie po ściankach, a dozowanie trudno nazwać komfortowym.Sam balsam jednak bardzo lubię. Ma przyjemny, kwiatowy zapach, szybko się wchłania i pozostawia skórę odżywioną, bez tłustego czy lepkiego filmu. Gdyby nie opakowanie, byłby to idealny kosmetyk na szybkie poranki. Jeśli kiedyś do niego wrócę, to raczej wybiorę mniejszą pojemność sprzedawaną w tubie.
Z kategorii: sprawdzone, polubione i kupione ponownie: Ziaja Med Mocznik 5% Kuracja ultranawilżająca, emulsja do ciała oraz Nivea Repair & Care 18% Gliceryna, Prowitamina B5 + Mocznik. Do kremu Nivea będę wracać tak długo, jak długo będzie dostępny na rynku. Ziaja również miała już swoje pięć minut na blogu i nadal ją lubię, choć Nivea zdecydowanie wygrywa w tym duecie.Do udanych powrotów zaliczam także SVR Topialyse Huile Lavante — olej micelarny do mycia i kąpieli — oraz QV Skincare Gentle Wash. To produkty z kategorii „szybki i bezpieczny wybór”, dodatkowo wielozadaniowe.Jesienno-zimowe miesiące pod prysznicem umilały mi dwa żele: Bath & Body Works Body Wash Strawberry Pound Cake oraz Hagi Natural Body Wash Spicy Orange — Korzenna Pomarańcza.
BBW pachniał cudownie słodkimi, soczystymi truskawkami. Z kolei wariant Hagi bardziej przypominał aromat skórki pomarańczy przełamanej świeżo wyciskanym sokiem, z korzennymi przyprawami w tle. Wyobrażałam go sobie trochę inaczej, ale w kontakcie z wodą nabierał jeszcze bardziej naturalnego, cytrusowego charakteru i przepięknie wypełniał zapachem całą łazienkę. Jeśli będzie okazja, bardzo możliwe, że sięgnę po kolejne opakowanie. Dodatkowo miał gęstą, zwartą konsystencję, która przekładała się na dużą wydajność.
Ubiegły rok w pielęgnacji twarzy i ciała po raz kolejny został zdominowany przez ofertę Back To Comfort. Kolejne miesiące upłynęły więc pod znakiem używania:
Fresh-y Wielozadaniowy balsam do ciała
TOForU Odżywcze serum do ciała
Azeli-C Upcycling Lekki krem postbiotyczny & Postbiotyczne Serum Kojące
O balsamie Fresh-y nie będę się już powtarzać i chyba nie planuję do niego wracać, wszystko za sprawą odżywczego serum TOForU, które dużo bardziej odpowiada mi zarówno pod względem zapachu, jak i działania. Na pewno kupię kolejne opakowanie, by jeszcze bardziej utrwalić swoje wrażenia.
Azeli-C Upcycling Lekki krem postbiotyczny oraz Postbiotyczne Serum Kojące traktuję natomiast jako jeden produkt. Wspominałam już, że nie przepadam za warstwowym stosowaniem serum od BtC. Brakuje mi w nich kosmetycznej elegancji, nie odpowiada mi ich konsystencje ani sposób, w jaki zachowują się na skórze. Nawet nałożenie kremu bezpośrednio po serum nie rozwiązuje problemu. Dopiero połączenie obu produktów w proporcji 1:1 okazało się strzałem w dziesiątkę i stworzyło kompletną, komfortową formułę.
Ten duet oceniam bardzo dobrze, ponieważ pomógł mi przetrwać trudniejszy okres nasilenia zmian łuszczycowych na twarzy, zapewniając nie tylko ukojenie i wyciszenie, ale również działanie normalizujące. Nie wykluczam powrotu :)
Pożegnałam się również z odżywką do włosów Hairmax Density Haircare Conditioner i na ten moment nie planuję do niej wracać. Zdecydowanie bardziej przywiązałam się do odżywki Hairmoji Chill, która w pełni odpowiada moim potrzebom.Po dłuższej przerwie wróciłam także do SheaMoisture Jamaican Black Castor Oil Strengthen & Restore Shampoo i szybko odkryłam, że zmieniły się zarówno skład, jak i pojemność produktu. Z jednej strony nadal jest to bardzo dobry szampon, ale moje włosy zaczęły zachowywać się po nim zupełnie inaczej niż wcześniej. Skóra głowy reagowała dobrze, natomiast same włosy już niekoniecznie. Stały się bardziej podatne na puszenie i zdecydowanie wymagały użycia stylizatora, by nad nimi zapanować. Raczej nie planuję już do niego wracać, zwłaszcza że po drodze odkryłam kilka naprawdę fantastycznych nowości.
Z kolei Hairy Tale Cosmetics Squeaky Clean szampon chelatujący, zyskał u mnie zupełnie nowe zastosowanie. Na stałe wpisał się jako IDEALNY kosmetyk do czyszczenia gąbek oraz pędzli do makijażu. Naprawdę rewelacja!
Po dłuższej przerwie wróciłam również do Philip Kingsley Maximizer Root Boosting Spray, który w moim prywatnym rankingu pozostaje jedną z najlepszych opcji zapewniających objętość, pogrubienie i utrwalenie fryzury. Najczęściej spryskuję nim włosy, delikatnie ugniatam i pozostawiam do naturalnego wyschnięcia. Jeśli zależy mi na większym wygładzeniu, sięgam po suszarkę i układam włosy na dużej szczotce. Nie znam drugiego produktu, który dawałby mi tak dobry efekt bez obciążenia, puszenia, strączkowania czy plątania włosów w ciągu dnia.
W pielęgnacji skóry głowy — a dokładniej w łagodzeniu zmian łuszczycowych — wykorzystałam La Roche-Posay Cicaplast B5 Spray oraz Hairy Tale Cosmetics Sleepy wcierkę nocną. Oba produkty okazały się bardzo dobrym wsparciem i jeśli zajdzie taka potrzeba, chętnie do nich wrócę.
Bath & Body Works Sunkissed Morning — mydło do rąk w piance — miało naprawdę przyjemny zapach i, co ciekawe, nie przesuszało dłoni. Dodatkowo bardzo dobrze usuwało ze skóry niepożądane zapachy oraz plamy po różnych produktach, dlatego świetnie sprawdzało się u mnie jako mydło kuchenne.Podczas wizyt w Polsce bardzo chętnie kupuję również Isana Hand Cream Repair, który obecnie ma już nową szatę graficzną. Przy najbliższej okazji na pewno sięgnę po niego ponownie.
Na koniec kosmetyczna ciekawostka :) Od koleżanki dostałam końcówkę Lierac Premium The Voluptuous Cream którego opakowanie, jak przystało na wersję premium zostało wykonane z ogromnej ilości masywnego szkła. Naprawdę, ten słoik spokojnie mógłby pełnić funkcję narzędzia do samoobrony ;) W duchu less waste marka zastosowała wymienne wkłady, choć sam refill kosztuje niewiele mniej niż pełnowymiarowy produkt…
Sam krem okazał się niezwykle mocno perfumowany, a jego zapach długo utrzymywał się na skórze. Konsystencja była gęsta, odżywcza, wręcz balsamowa i bardzo komfortowa podczas aplikacji. Niestety, wywołał u mnie silne zaczerwienienie oraz duży dyskomfort. Jednorazowy test skutecznie zniechęcił mnie do dalszych eksperymentów, dlatego ostatecznie zużyłam go jako krem do rąk na noc. Dobrze natłuszczał, nie pozostawiał lepkiej warstwy, ale jednocześnie przytłaczał intensywną wonią. Powrotu zdecydowanie nie planuję :)
Do przyjemnych odkryć zaliczam również Natural Secrets Hand Therapy – Maskę do dłoni, którą traktowałam po prostu jak klasyczny krem do stosowania na noc. Nie wiem, czy poradziłaby sobie z naprawdę dużymi problemami skóry dłoni, ale jako codzienny krem spisał się bardzo dobrze.
Na plus zasługuje praktyczne opakowanie, tuba z zamknięciem na zatrzask, dopasowana do dość treściwej konsystencji produktu. Sam krem ma średnią lepkość, dzięki czemu szybko rozprowadza się na skórze i nie pozostawia tłustej ani lepkiej warstwy. Czuć delikatny film ochronny, ale działa on bardziej na zasadzie komfortowego otulenia niż obciążenia.
Dodatkowym atutem jest subtelny zapach bergamotki – świeży, elegancki i nienachalny. Zdarzało mi się nosić go w torebce, szczególnie zimą. Myślę, że jesienią ponownie po niego sięgnę.
Do zakupu Opcja Natura Anty Tarka – kremu do stóp z mocznikiem zachęciła mnie duża próbka od koleżanki. Obie uwielbiamy Aksamitny krem do stóp z Zielone Laboratorium, więc pomyślałam, że Anty Tarka może być ciekawym uzupełnieniem pielęgnacyjnej rotacji. Ostatecznie moje odczucia okazały się jednak dość mieszane.Już od pierwszego użycia zwróciłam uwagę na nietypową konsystencję. Krem nie jest jednolity, bardziej przypomina pastę o suchym wykończeniu. Nawet pod wpływem ciepła skóry nie roztapia się w klasyczny sposób i wymaga dokładnego rozmasowania. Zdecydowanie lepiej nakładać większą porcję produktu, ponieważ poprawia to zarówno przyczepność, jak i komfort aplikacji.
Suche wykończenie ma jednak swoje zalety. Skóra stóp nie pozostaje tłusta ani lepka, co w przypadku kremów z wysoką zawartością mocznika jest dość rzadkie. Nawet chodzenie boso po aplikacji nie sprawia problemu.
Największym zaskoczeniem było jednak coś innego. Podczas aplikacji wyraźnie wyczuwałam pod palcami drobinki przypominające peeling, które wzmacniały efekt wygładzenia. Początkowo sprawdziłam skład, sądząc, że przeoczyłam jakiś składnik złuszczający, ale niczego takiego tam nie było. Zaczęłam więc podejrzewać, że część mocznika nie została prawidłowo rozpuszczona.
Napisałam do marki i po wymianie kilku wiadomości otrzymałam potwierdzenie, że moje przypuszczenia były słuszne. Przyznam, że sama komunikacja z Obsługą Klienta pozostawiła u mnie spory niedosyt. Liczyłam również, że na stronie produktu pojawi się stosowna informacja dotycząca specyfiki formuły, jednak przez wiele miesięcy nic się w tej kwestii nie zmieniło. Co więcej, zdjęcia produktowe nadal prezentują zupełnie inną konsystencję niż ta, z którą miałam do czynienia. Rozmawiałam też z kilkoma osobami posiadającymi krem z tej samej partii i wszystkie miały identyczne odczucia względem formuły.Nie jest to wada uniemożliwiająca stosowanie produktu, ale ma wpływ na odbiór całości. Jeśli składnik aktywny nie został w pełni rozpuszczony, odbija się to na zachowaniu całej formuły.
Samo działanie oceniam poprawnie — 3/5. Krem wygładza i zmiękcza skórę, ale w moim odczuciu mógłby działać lepiej. Zwłaszcza że mam bardzo dobre porównanie z Aksamitnym kremem do stóp z Zielonego Laboratorium, który przy 20% mocznika zapewnia widoczne efekty już od pierwszego użycia, a przy tym ma wręcz fenomenalną konsystencję.
Nie sądzę, żebym wróciła do Anty Tarki. Wpływ na to miały nie tylko same właściwości produktu, ale również sposób komunikacji marki. A szkoda, bo potencjał zdecydowanie był.
Szklane, ciężkie opakowanie również nie należy do moich ulubionych, choć trzeba przyznać, że krem ma bardzo przyjemny, miętowy zapach wynikający z obecności olejku z mięty pieprzowej. Pojemność: 50 ml, cena regularna: 29,90 zł.
W pielęgnacji twarzy pojawił się kosmetyk, który naprawdę zmienił zasady gry ;) Mowa o Skinow Architekt Skóry – kremie do twarzy. To po prostu wspaniały produkt. Wspominałam już o nim na Instagramie i z całą pewnością przygotuję pełną recenzję, ponieważ mam już kolejne opakowanie i absolutnie nie planuję z niego rezygnować. Zapowiada się naprawdę długa znajomość. Trudno będzie znaleźć coś, co przebije jego właściwości, bo dla mojej skóry okazał się idealnym dopasowaniem na wielu poziomach.Do oferty Skin Science mam ogromny sentyment i pewnie co jakiś czas będę wracać do kilku produktów, choć tym razem zaskoczyło mnie zachowanie Vegeboost Rescue Face Mask Cream. Celowo zrobiłam zdjęcia, ponieważ pod koniec opakowania pojawiło się wyraźne rozwarstwienie kosmetyku. Byłam zdziwiona, bo zużyłam już kilka opakowań i wcześniej nigdy się z tym nie spotkałam. Nie kontaktowałam się z marką i raczej nie zamierzam, ale jestem ciekawa, czy ktoś z Was miał podobne doświadczenia? Dajcie znać. Dodam tylko, że sytuacja pojawiła się na długo przed końcem terminu ważności.Nie przypuszczałam również, że kiedykolwiek wrócę do Clinique All About Eyes. A jednak, wszystko za sprawą prezentu od koleżanki. Produkt chwilę czekał na swoją kolej, ale dzięki niemu na nowo zaczęłam używać osobnego kosmetyku pod oczy. To właśnie on zachęcił mnie również do zakupu Korres Black Pine 4D Eye Rescue Balm Firming Moisture Lock — Marta, pozdrawiam!
Moim stałym punktem pielęgnacji okolic oczu pozostaje jednak Sisley Eye Contour Mask. Clinique dobrze wywiązał się ze swojej roli i jeśli ponownie trafi do mnie przy okazji prezentu czy innej okazji, z przyjemnością go użyję. O Korres napiszę szerzej przy innej okazji.
Za mną kolejne opakowania ulubieńców: Mahalo Rare Indigo Beauty Balm oraz Ministerstwo Dobrego Mydła balsam-maska do ust Miód. UWIELBIAM!
Z kolei My Magic Essence Lip Balm ma potencjał do regularnych powrotów, choć bardziej jako kosmetyk upiększający z elementami pielęgnacji niż produkt ratunkowy. Dla zdrowych ust sprawdza się świetnie, jednak w momencie większych problemów okazał się niewystarczający i potrzebowałam mocniejszego wsparcia. Mimo wszystko to jedyny kosmetyk z oferty My Magic Essence, do którego naprawdę chcę wrócić i ponownie wydać własne pieniądze.
Podobnie wygląda moja relacja z Laneige Lip Sleeping Mask Chocolate. Zupełnie nie rozumiem fenomenu tej marki i jej produktów. Bardzo dobry marketing oraz wykreowany wizerunek robią swoje. Nie dostrzegam tutaj żadnych wyjątkowych właściwości pielęgnacyjnych. Dostajemy po prostu klasyczny balsam do ust o przyjemnym zapachu. Wersja Chocolate pachnie jak Nutella, ma elegancką konsystencję, ale również bardzo intensywny kolor. Aplikacja bez lusterka praktycznie nie wchodzi w grę. Dodatkowo trzeba dokładnie wycierać szpatułkę i palce, a używanie produktu na noc wiąże się z ryzykiem śladów na pościeli. Na pewno już do niego nie wrócę.
Zużyłam również kolejne opakowanie Oskia Midnight Elixir. Wspominałam o nim już kilka razy, ale zasługuje na osobną recenzję. To dobre, wielofunkcyjne serum, po które nadal lubię sięgać. Nie jest już jednak dla mnie produktem obowiązkowym, głównie dlatego, że odkryłam coś nowego.Na pełne omówienie zasługuje również Hdrey C-Shock Antioxidant Serum, które poznałam dzięki uprzejmości mojej koleżanki — Aniu, dziękuję! Skończyło się na tym, że kupiłam pełnowymiarowe opakowanie i wszystko wskazuje na to, że serum zostanie ze mną na dłużej. To chyba najciekawszy produkt w całej ofercie Hdrey. Dodatkowo marka oferuje bardzo dobrą relację ceny do jakości — 40 ml produktu kosztuje regularnie 115 zł, a skład naprawdę robi wrażenie.
C-Shock bazuje na 20% kompleksie witaminy C, w którym znajdziemy m.in. etylowany kwas askorbinowy, kwas askorbinowy, SAP oraz glukozyd askorbylu. W połączeniu z pozostałymi składnikami daje to naprawdę świetnie przemyślaną formułę.
Nie wiem natomiast, czy wrócę jeszcze do The Ordinary Niacinamide 10% + Zinc 1%. To jeden z moich wieloletnich faworytów, ale w mojej pielęgnacji pojawił się produkt, który dosłownie wykosił konkurencję :)))
Sięgnęłam po limitowaną wersję Oskia Renaissance Cleansing Gel 15th Birthday Limited Edition, stworzonej z okazji 15-lecia marki. Formuła nawiązuje do klasycznej wersji, jednak tym razem producent postawił na inną kompozycję zapachową, połączenie neroli i słodkiej pomarańczy. Muszę przyznać, że ten aromat nie do końca trafił w mój gust. Neroli zdecydowanie dominuje nad pomarańczą, choć same właściwości produktu nadal stoją na bardzo wysokim poziomie. Zużyłam go z przyjemnością, ale mimo wszystko pozostaję wierna klasycznej wersji.Miałam ogromne oczekiwania względem Veoli Botanica Melt with Comfort — emulgującego masełka nawilżającego do zmywania makijażu i SPF-u przeznaczonego do skóry suchej oraz odwodnionej. Do zakupu w dużej mierze zachęciło mnie opakowanie i rodzaj dozownika. To bardzo wygodne rozwiązanie, szczególnie podczas wyjazdów, kiedy funkcjonalność ma dla mnie ogromne znaczenie.Niestety sam produkt okazał się dość przeciętny. Oceniłabym go na 2,5/5, głównie dlatego, że konsystencja i zachowanie formuły na skórze nie mają wiele wspólnego z obietnicą „melt with comfort”. Produkt dość topornie sunie po twarzy. Najlepiej wcześniej mocno rozgrzać go i rozetrzeć w dłoniach. Znam zdecydowanie lepiej dopracowane kosmetyki w tej kategorii. Tym bardziej że na miejsce Veoli kupiłam House of Hur Midnight Soothing Cleansing Balm i sposób, w jaki rozprowadza się on bezpośrednio na skórze, jest po prostu cudowny.
Drugą wadą Veoli jest skuteczność oczyszczania. Produkt nie radzi sobie dobrze ze wszystkimi kosmetykami. W kolażu poniżej pokazałam swatche moich ulubionych kredek do oczu, bardziej dla zobrazowania działania, a właściwie jego niedociągnięć. Producent deklaruje usuwanie wodoodpornego makijażu, podkładów oraz SPF-u, ale według mnie to raczej opcja do lekkiego, codziennego makijażu.
Masełko całkiem dobrze emulguje, jednak ponownie, nie jest to poziom działania, do którego przyzwyczaiły mnie inne marki. Raczej nie kupię go ponownie, chyba że producent zdecyduje się na zmianę formuły.Dermalogica Magnetic Afterglow Cleanser została już omówiona na blogu, podobnie jak Pharmaceris A Puri-Sensilium — pianka myjąca do twarzy i oczu, dlatego nie będę się powtarzać i odsyłam do wcześniejszych wpisów :)
Zdecydowanie więcej uwagi chcę poświęcić zestawowi Victoria Beckham Beauty The Daily Cleansing Protocol: Oil Cleanser & Lactic Acid Gel Cleanser, który kupiłam w formacie podróżnym. I przyznam, że są powody do zadowolenia.Po oleje do oczyszczania sięgam obecnie sporadycznie. Kiedyś bardzo je lubiłam, dziś moje preferencje bardziej kierują się w stronę balsamów i mleczek. Ten olej jest jednak fenomenalnie dopracowany pod każdym względem. Jedwabista formuła wspaniale rozprowadza się na skórze, bez problemu rozpuszcza makijaż oraz SPF, świetnie emulguje, a po spłukaniu pozostawia skórę miękką i odświeżoną.
Sam żel traktowałam bardziej jako dodatek, ale gdybym aktualnie szukała produktu tego typu, kupiłabym go bez większego zastanowienia. Zarówno razem, jak i osobno, tworzą bardzo udany duet. Podejrzewam jednak, że szybciej zdecyduję się na pełnowymiarowe opakowanie oleju, ponieważ idealnie trafia w moje potrzeby i aktualną kondycję skóry.
Eleganckie opakowania, funkcjonalne dozowniki i naprawdę wysoki poziom działania, czego chcieć więcej? ;) Kosmetyki są bezzapachowe, choć w żelu wyraźnie wyczuwam obecność kwasu mlekowego. Ma on dość rzadką konsystencję, ale dobrze rozprowadza się w dłoniach, ma odpowiednią przyczepność, nie ślizga się po skórze i bezproblemowo łączy się z wodą. Nie mam tutaj żadnych zastrzeżeń.
Zrobiłam sobie również małą przerwę od ulubionej dwufazy Clinique i wróciłam do jednego z moich dawnych ulubieńców — Nivea Double Effect Waterproof Eye Make-Up Remover. To nadal bardzo dobra i ekonomiczna opcja.Mając jednak w pamięci polecenia dotyczące wersji Radiance Waterproof Eye Make-Up Remover, postanowiłam ją sprawdzić. O ile pod względem skuteczności działa równie dobrze, tak pojawił się u mnie inny problem. Po przyłożeniu nasączonego płatka czuję delikatne pieczenie wzdłuż dolnej linii rzęs. Nie pojawia się zaczerwienienie ani widoczne podrażnienie, ale sam dyskomfort bywa mniej lub bardziej intensywny.
Kończę właśnie drugie opakowanie, głównie dlatego, że skusiła mnie promocyjna cena i wiem już, że więcej do tej wersji nie wrócę.
Całkiem nieźle idzie mi uszczuplanie użytkowej kolekcji perfum. Co prawda przy okazji robię miejsce na nowe zapachy, ale jednocześnie daję sobie przestrzeń na odkrywanie zupełnie nowych olfaktorycznych obszarów.Z przyjemnością sięgałam po limitowaną wersję Avon Far Away Royale, która nie miała nic wspólnego z klasycznym Far Away. I całe szczęście! :)) Z żalem pożegnałam jeden z flakonów Yves Rocher Poire Caramel (Pear Caramel) — na szczęście zostały mi jeszcze miniatury. To piękna kompozycja, która kojarzy mi się z gruszkowym sorbetem. Na dobre rozstałam się również z Guerlain Shalimar EDT i chyba już do niego nie wrócę. Za to coraz bardziej chodzi mi po głowie nowy flakon Chanel No5 Eau Première EDP. Tak, taki jest plan!
Zużyłam także odlewkę L’Artisan Voleur de Roses EDT, dzięki której kiedyś zdecydowałam się na zakup pełnowymiarowego flakonu. Z tym zapachem wiąże się jednak pewna historia i sama nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się go zużyć do końca. Sama kompozycja pozostaje natomiast absolutnie przepiękna i przywołuje wiele emocji. Z kolei Les Notes De Lanvin I Vetyver Blanc to perfumy, które kiedyś dostałam i używaliśmy z mężem na zmianę. Dziś są już praktycznie nie do zdobycia, więc pozostają jedynie wspomnienia :)
W ramach testów dostałam odlewkę Al Haramain Belle EDP*. W teorii miały być słodkie i owocowe, w praktyce odbieram je jako syntetyczny ulepek. Kompozycja jest jednostajna i wyjątkowo męcząca. Patrząc na nuty zapachowe, nie jestem w stanie wyodrębnić nawet jednej z nich. Początek jest bardzo mocny, wręcz odurzający wonią alkoholu, a później pozostaje już tylko przytłaczająca, lepka słodycz, choć „słodycz” to chyba i tak zbyt łagodne określenie.Myślę, że to całkiem niezły rezultat jak na zasoby, które nadal posiadam, regularnie używam i… mimo wszystko wciąż myślę o kolejnych. Ot, codzienność perfumomaniaczki :)))
Aby zamknąć temat pielęgnacji, na koniec zostawiłam miniatury. Tir Tir Milk Skin Toner (Light) nie wywołał we mnie natychmiastowej potrzeby zakupu pełnowymiarowego opakowania. Ot, kolejny mleczny toner o bardzo wodnistej konsystencji. Zużyłam i… zapomniałam.
Z kolei Tatcha The Liquid Silk Canvas okazała się dla mnie bardziej przedłużeniem pielęgnacji niż klasyczną bazą pod makijaż. Niewykluczone, że kiedyś kupię pełnowymiarowe opakowanie, choć na razie w zupełności wystarczają mi miniatury. Wszystko za sprawą Huda Beauty Easy Blur Primer oraz Danessa Myricks Beauty Yummy Skin Glow Serum, które skutecznie wykreowały nową ścieżkę :)
Teraz najlepsza część, czyli kosmetyki do makijażu :) Uzbierała się tutaj naprawdę zacna gromadka, która dodatkowo motywuje mnie do kolejnych zużyć. Nie na siłę, ale pod pewnego rodzaju kontrolą. Mam plan, by z częścią kosmetyków pożegnać się do końca roku. Jeśli się uda, świetnie. Jeśli nie, też w porządku. Bez presji i bez ciśnienia. Najważniejsze pozostają radość oraz satysfakcja z używania, a samo zużywanie jest jedynie wartością dodaną.Zużyłam do końca brązer Kevyn Aucoin Neo Bronzer – Sunrise Light, którego swatche można zobaczyć w tym wpisie: Fara Homidi Beauty Essential Bronzer – porównanie kolorówTo naprawdę piękny brązer z różowymi tonami, a zatopione w nim srebrne drobinki zapewniają subtelny efekt rozświetlenia. Bardzo lubiłam używać go latem. Nie sądzę, abym do niego wróciła, choć jestem ciekawa, jak ewentualna reformulacja wpłynęłaby na jego właściwości. Końcówka mocno się wykruszała, więc wykorzystałam ją już wyłącznie do swatchy i porównań.Trafiła do mnie również końcówka różu Bourjois Blush 48 Cendre De Rose Brune i byłam przekonana, że przy takiej ilości szybko się z nim rozprawię. Nic bardziej mylnego :DDD W tej formule wypiekane kosmetyki mają wręcz kosmiczną wydajność. Sam kolor nie do końca był „mój”, ale używałam go w połączeniu z innymi produktami i ostatecznie wspominam go bardzo dobrze. Kiedyś ogromnie lubiłam róże Bourjois, więc był to naprawdę miły powrót po latach. Taki idealny „one time thing” :)Na temat pudru Kosas Cloud Set Baked Setting & Smoothing Powder w odcieniu Feathery mam sporo do powiedzenia. Sam kosmetyk jest świetny, podobnie jak jego właściwości, natomiast opakowanie… absolutna katastrofa. Słuchając wcześniej opinii innych osób, myślałam, że trochę przesadzają. Niestety szybko przekonałam się, że nie. Opakowanie wykonano z bardzo kiepskiej jakości plastiku. Najpierw wyłamał się zatrzask, który przy każdym użyciu doprowadzał mnie do szaleństwa, można było połamać paznokcie. Później zaczął pękać zawias… O losie. Brak lusterka również uważam za wadę.Sam puder jest natomiast naprawdę doskonały, choć dziś wiem już, że powinnam była wybrać jaśniejszy odcień. Wtedy mogłabym używać go bardziej uniwersalnie, a tak najczęściej sięgałam po niego w dni, gdy używałam wyłącznie korektora. Wbrew pozorom całkiem dobrze wyrównuje koloryt skóry, dlatego przy podkładzie ten konkretny kolor zbyt mocno wybijał się na mojej skórze. Trochę żałuję, że nie kupiłam go wcześniej, kiedy szukałam pudru z kolorem.
Najbardziej podobał mi się efekt wygładzenia i zmiękczenia skóry bez typowo pudrowego wykończenia. Z trwałością nie przesadzałabym, ale mnie zależało przede wszystkim na naturalnym efekcie i dokładnie taki otrzymałam. Wiele osób narzeka na tzw. „hard pan” lub „glazing”, co zdarza się nie tylko w kosmetykach clean beauty, jednak u mnie taki problem się nie pojawił. Zapach przez cały okres używania również pozostał neutralny. Nie kupię go ponownie głównie przez opakowanie. Zmieniły się też moje preferencje i pojawiły się nowe kosmetyki.
Uwielbiałam pomadkę Dior Addict Hydrating Shine Lipstick 704 Divine Plum /recenzja/ za kolor, jednak po rezygnacji z farbowania włosów takie odcienie przestały do mnie pasować. Nie wykluczam zakupu innego koloru lub sięgnięcia po nową serię, choć Dior ostatnio tak często reformuluje swoje produkty, że zaczynam się już w tym wszystkim gubić. Pożegnałam Dior Addict Lip Maximizer 020 Mahogany i zanim zdecyduję się na kolejny odcień, tym razem najpierw sprawdzę tester. Wersja Lip Glow w tym odcieniu ma już zupełnie inny kolor, nad czym bardzo ubolewam…Spotkanie z Aura Distribution Wizarding World Harry Potter pomadka ochronna kojąca Hufflepuff* przypomniało mi Jane Iredale Just Kissed Lip and Cheek Stain Forever Red. Dlatego mimo najlepszych chęci nie byłam w stanie jej zużyć. Z tej serii uwielbiam wersję Black. Mam jeszcze niebieską Ravenclaw i liczę, że okaże się lepszym wyborem.Na początku byłam przekonana, że Saie Glowy Super Gel All-Over Luminizer w odcieniu Starglow posiada wymienny wkład. Nie mam pojęcia, skąd mi się to wzięło, bo oczywiście tak nie jest. Szkoda. Używałam go z przyjemnością, jednak nawet miniatura nie okazała się szczególnie praktyczna na wyjazdy ze względu na rodzaj opakowania. Coraz bardziej zwracam uwagę na takie kwestie i szukam optymalnych rozwiązań, choć na razie bez większych sukcesów. Nie wiem jeszcze, czy do niego wrócę. Być może ;) ale konkurencja w tej kategorii jest ogromna.
Mgiełka Fenty Beauty Mini You Mist Setting Spray wypadła dobrze, jednak w międzyczasie pojawiły się nowości dużo lepiej dopasowane do moich potrzeb. Właśnie dlatego lubię kupować miniatury — mogę poznać produkt, wyrobić sobie opinię i zdecydować, czy naprawdę chcę wrócić do pełnowymiarowej wersji. Tym razem jednak pas.
Nie będę ponownie rozpisywać się o Cosmedix Lumi Crystal Liquid Crystal Lip Hydrator /recenzja/ ale warto przypomnieć, że to naprawdę udany produkt do ust, łączący pielęgnację z efektem upiększającym. Niewykluczone, że kiedyś kupię go ponownie. Obecnie jednak mocno skręciłam w stronę pomadek :)))
A skoro już o nich mowa, jeśli miałabym wybierać, zdecydowanie ponownie sięgnęłabym po Victoria Beckham Beauty Posh Lipstick Pose /recenzja/
Być może ponownie wybrałabym Pose albo wróciła do Jump. W planach mam jeszcze Sway, na którego dostępność cierpliwie czekam. Formuła tych pomadek jest naprawdę niesamowita!
Wyrzuciłam również konturówkę do ust Lisa Eldridge Enhance and Define Lip Pencil Blush, którą używałam właściwie na siłę. To po prostu nie był kolor dla mnie. Przekładałam ją z miejsca na miejsce, próbowałam dawać jej kolejne szanse, aż w końcu minął jej termin przydatności. Ostatecznym sygnałem było to, że podczas temperowania wypadła pozostała część grafitu :D Lubię jakość tych konturówek, ale kolorystyka kompletnie do mnie nie trafia. Odcień Blush na moich ustach wyglądał zupełnie inaczej niż na zdjęciach i opisach prezentowanych na stronie Lisy.
Zawiedziona pomadkami Ministerstwa, kupiłam Allies of Skin Peptide and Ceramide Repair Lip Balm… i znowu pudło. Eleganckie opakowanie, świetny skład, produkcja w Korei, działanie również całkiem dobre — problem w tym, że znam lepsze produkty za dużo mniejsze pieniądze. I wszystko byłoby jeszcze do zaakceptowania, gdyby nie fakt, że sztyft podczas używania robi się coraz bardziej miękki, wręcz zaczyna się roztapiać z każdym kolejnym użyciem. Dramat. W pewnym momencie musiałam przełożyć go do słoiczka, bo inaczej nie dało się go komfortowo używać.Znam ochronne pomadki za przysłowiowe grosze, które mają równie dobre składy, a przy tym odpowiednią konsystencję i są po prostu przyjemne w użytkowaniu. Tutaj regularna cena wynosi 22 funty i serio… ktoś chyba robi sobie żarty z klientów. Gdybym nosiła tę pomadkę w kieszeni, jestem przekonana, że któregoś dnia zawartość po prostu wypłynęłaby z opakowania. Tymczasem u mnie stała cały czas w jednym ze „strategicznych miejsc”, dodatkowo z dala od źródeł ciepła, a mimo to przypominała roztopionego gluta. Od razu skojarzyło mi się to z fatalnym sztyftem ochronnym od Fresh, tam sytuacja wyglądała identycznie. Mam wrażenie, że im więcej fancy shmancy marek pojawia się na rynku, tym bardziej ich oferta okazuje się przereklamowana.
Rzadko zostawiam do tej serii wpisów gąbki do makijażu. Zazwyczaj zużywam je na bieżąco i od razu trafiają do kosza, więc nie ma za bardzo okazji do wyróżnień. Sporadycznie używam też jednocześnie więcej niż dwóch sztuk, właściwie tylko wtedy, gdy poznaję coś nowego. Dlatego u mnie nie ma mowy o praniu gąbek w pralce. Z wielu powodów uważam, że to nie jest najlepsze rozwiązanie. A odkąd do czyszczenia używam szamponu HTC, o którym wspominałam wcześniej, nie wyobrażam sobie już innej opcji.W każdym razie chcę wyróżnić trzy gąbki: Sensum Mare Algotone Wyjątkowo Miękka Gąbeczka do Makijażu* (rany… kto wymyśla te nazwy?), Beautyblender Pro oraz rephr Makeup Sponge.
Zacznę od tego, że odkąd poznałam gąbkę rephr, nie widzę szans na powrót do Beautyblendera Pro. Co prawda rephr ma teraz nową odsłonę i jeszcze zamierzam ją sprawdzić, ale jeśli porównanie ponownie wypadnie na korzyść rephr, to właśnie ona zostanie moim numerem jeden. Trochę szkoda, że firma zaczęła sprzedawać w jednym opakowaniu trzy różne rozmiary gąbek. Wcześniej były dwie identyczne i to była naprawdę świetna opcja. Mimo wszystko jakość samej gąbki sprawia, że nie będę narzekać.
Kiedy wróciłam do BB, szybko przekonałam się, że to już nie do końca moja bajka. Co więcej, gąbka Veoli zdetronizowała Beautyblender ;) Później pojawiło się Sensum Mare i polska produkcja skutecznie zachęciła mnie do bliższego poznania. Nie jest co prawda tak precyzyjna jak Veoli, rephr czy BB, ale jej miękkość i rozmiar sprawiają, że z przyjemnością do niej wrócę. Jeszcze na pewno napiszę o niej więcej. Na razie chciałam tylko zasygnalizować, że wybór jest naprawdę szeroki i można znaleźć świetne propozycje.Ogromnym rozczarowaniem okazał się natomiast barwiony żel do brwi got2b Glued 4 Brows & Edges Tinted Brown. Liczyłam na równie genialną formułę jak w klasycznej wersji, którą uwielbiam. Tutaj niestety nic się nie zgadzało…Konsystencja jest fatalna, bardzo wodnista, a ilość i jakość pigmentu sprawiają, że na moich brwiach praktycznie go nie widać. I teraz sama nie wiem, czy trafiłam na wadliwy egzemplarz, bo klasyczny żel z tej serii ma piękny zapach, natomiast ten barwiony zwyczajnie okropnie śmierdział… Opakowanie nie nosiło śladów otwierania, ale sama nie wiem. Nie mam ochoty dalej tego sprawdzać. Czy ktoś z Was miał z nim do czynienia?Maskary. Tutaj pojawiły się dobrze znane pozycje, o których wspominałam już przy różnych okazjach, ale to dobra pora na krótkie podsumowanie.Z ogromną przyjemnością wróciłabym do MACStack Elevated Mascara w odcieniu Midnight Stack, niestety była to edycja limitowana. Mam jednak nadzieję, że MAC jeszcze kiedyś wypuści coś podobnego.
Maybelline Lash Sensational Full Fan Effect 06 Burgundy Brown uwielbiam od wielu miesięcy. To jedna z niewielu drogeryjnych maskar, które kupuję jedna po drugiej i zazwyczaj przywożę z Polski. Nie mam pojęcia, dlaczego ten kolor nie jest dostępny u mnie. Na fali zachwytu postanowiłam sprawdzić również odcień 04 Intense Black i także okazał się bardzo udany. To dla mnie świetna opcja awaryjna — głównie ze względu na trwałość i sposób, w jaki tusz układa się na moich rzęsach.
Do YSL Lash Clash Extreme Mascara 05 Sassy Burgundy mam ogromną ochotę wrócić, ale tym razem przy zakupie od razu sprawdzę, jak zachowuje się formuła w opakowaniu. Rozwijałam ten temat przy pełnej recenzji. Spośród wszystkich kolorów z tej serii to właśnie Sassy Burgundy zrobiła na mnie największe wrażenie.
Moje ukochane korektory to zdecydowanie Kosas Revealer Super Creamy Concealer 2.3N oraz Kosas Revealer Extra Bright Serum Powered Color Corrector Magic, które są wręcz stworzone dla mojej skóry i idealnie dopasowane do jej potrzeb oraz moich preferencji recenzja korektorów Kosas. Kolejne opakowania już kupione!Przez długie miesiące uwielbiałam spray od Charlotte (i nadal bardzo go lubię), chętnie sięgam również po mgiełkę Tatcha, ale to właśnie Danessa Myricks porządnie namieszała w tym zestawieniu, wypuszczając Yummy Skin Liquid Blurring Balm. Absolutnie przepadłam dla tego produktu. Jest IDEALNY. Jeśli równie dobrze sprawdzi się latem, jak od jesieni do wiosny, bezapelacyjnie zajmie u mnie miejsce numer jeden.Dla mnie to połączenie pudru w płynie i sprayu utrwalającego w jednym, idealny balans między pielęgnacją a makijażem. Dzięki niemu mocno ograniczyłam używanie pudrów i wreszcie rozwiązałam kilka swoich makijażowych dylematów.
Na pewno poświęcę mu osobny wpis i chętnie opowiem również o pozostałych produktach Danessy, bo chcąc nie chcąc… ta marka całkowicie mnie oczarowała. Wpadłam jak śliwka w kompot!
Na koniec został róż w kremie Inglot x Komunikatywnie Pureness 98*, który jakiś czas temu dostałam w prezencie. Kolor kompletnie nie należał do mojej palety, ale formuła była na tyle plastyczna, że bez problemu mieszałam go z innymi produktami. Nie zostałam jego największą fanką, ale wspominam go całkiem miło. Zdecydowanie przydałaby mu się lepsza trwałość, bo na mojej skórze znikał dość szybko. Chętnie widziałabym też większą ilość pigmentu. Z drugiej strony dla wielu osób właśnie to może być zaletą.To już wszystko, o czym chciałam dzisiaj opowiedzieć. Ciekawa jestem, czy coś szczególnie przykuło Waszą uwagę, a może macie zupełnie inne doświadczenia z którymś z tych produktów? Dajcie znać :)Pozdrawiam serdecznie i do następnego — paaa! :)


















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Entuzjastka świadomej i skutecznej pielęgnacji. Działająca niekomercyjne i hobbystycznie. Jest to jedna z moich stref relaksu :) Poznaj mój świat określany przez potrzeby skóry/rosacea w remisji. Od dawna nie gonię kosmetycznego króliczka, nie testuję TYLKO sprawdzam i
dopasowuję poszczególne elementy, by całość była spójna.
1001 Pasji, to wiele stron jednej kobiety <3
#freefromPR
Dziękuję za wszystkie Wasze komentarze, każdy z nich sprawia że TO miejsce ożywa dzięki WAM!
Jeżeli jeśli chcesz zaprosić mnie na swoją stronę, nie wklejaj linków w komentarzach. W wolnej chwili zajrzę z chęcią do Ciebie :)
Zastrzegam sobie prawo do usunięcia reklamowych postów, które zostaną zamieszczone bez mojej zgody.