Pokazywanie postów oznaczonych etykietą YSL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą YSL. Pokaż wszystkie posty

Yves Saint Laurent Lash Clash Extreme Mascara 05 Sassy Burgundy

Linia tych maskar wyjątkowo przyciąga moją uwagę — na blogu dzieliłam się już wrażeniami na temat wersji brązowej (KLIK) oraz zielonej (KLIK). Tym razem przyszła kolej na absolutnie zjawiskowy burgund, czyli 05 Sassy Burgundy.

W gamie znajduje się jeszcze klasyczna czerń, ale o niej wspomnę na końcu, jako uzupełnienie moich obserwacji dotyczących całej serii.

Mam wrażenie, że w zależności od koloru maskary z tej linii różnią się między sobą bardziej, niż mogłoby się wydawać — i to nie tylko wizualnie. Każda z nich ma swoje specyficzne cechy, o których rzadko się mówi. A przynajmniej ja nie spotkałam się z tak kompleksowym porównaniem.

Wakacyjny klimat 🌿💚 YSL Lash Clash Extreme Volume Mascara w odcieniu 03 Scandalous Green

 

Przez część lata i kawałek jesieni z przyjemnością sięgałam po zielony tusz do rzęs. Z niecierpliwością czekałam na premierę nowej odsłony Lash Clash i dziś dzielę się swoimi wrażeniami. Jeśli chodzi o formułę, praktycznie nie różni się od wcześniej opisywanej wersji 02 Brown — recenzja — choć pod kilkoma względami potrafiła mnie zaskoczyć. Zapraszam do dalszej części wpisu.

Magiczny brąz! YSL Lash Clash Extreme Volume Mascara Brown

 

W oczekiwaniu na dostępność nowego koloru 03 Scandalous Green, postanowiłam skupić się na odcieniu 02 Brown, który kupiłam już jakiś czas temu. Na fali mojej odnowionej miłości do kolorowych maskar, z przyjemnością korzystam z faktu, że coraz więcej marek zaczyna wypełniać tę lukę na rynku. W teorii brązowe tusze są szeroko dostępne, ale w praktyce większość z nich wpada w czerń lub daje zbyt subtelny efekt. YSL tym razem nie zawodzi – 02 Brown to prawdziwie czekoladowy brąz, który jest widoczny na rzęsach, a dla posiadaczek jasnych, cienkich i delikatnych włosków (jak moje) to prawdziwy skarb.

YSL Le Teint Touche Eclat Awakening Foundation /Podkład rozświetlający (nowa wersja)


Kiedy do sprzedaży weszła nowa wersja wiedziałam, że muszę ją mieć. Obietnica zmian była dla mnie kusząca, choć szczerze mówiąc nie bardzo pamiętam wrażenia odnośnie poprzedniej. Dlatego też nie będę odnosić się do niej i skupię się na ocenie podkładu, który moja skóra pokochała od pierwszej aplikacji :) W tym miejscu muszę także nadmienić, że do nakładania najczęściej wykorzystuję gąbkę BB bez której nie wyobrażam sobie makijażu, czasem sięgam po pędzel Marc Jacobs Beauty The Face III Buffing Foundation Brush (pędzel do podkładu płynnego) który pokazywałam tutaj (swoją drogą, to jeden z najlepszych pędzli do podkładu z jakim miałam okazję się zetknąć). Bardzo rzadko, by nie rzec w ogóle - nie nakładam podkładu dłońmi. Piszę o tym dlatego, ponieważ w zależności od użytej metody i narzędzia zmieniamy wykończenie, poziom krycia danego produktu pod kątem formuły. YSL LTTE nałożony dłońmi - w moim odczuciu oczywiście wygląda dość ciężko i wtedy widać także jego pełne możliwości w kwestii krycia. Gąbka BB lub pędzel nadaje lekkości, nad stopniem krycia można mieć dużo lepszą kontrolę. Pozostałe właściwości zależą od naszej cery, utrwalenia, użytej pielęgnacji oraz temperatur. Tyle słowem wstępu :)

Yves Saint Laurent Le Cushion Encre De Peau - Fusion Ink Cushion Foundation, pierwsze wrażenia


O poduszkach, czyli podkładach w formie poduszki słychać od dawna. Temat nie był mi bliski, czytałam co nieco bez większego zainteresowania ;) To chyba nie była moja pora. Do czasu :D
W marcu, Ania - Dwa Koty zaprezentowała na swoim blogu kolejną poduszkę. Tym razem, to YSL /recenzja/ Od tamtego czasu czekałam grzecznie na premierę w UK i wiedziałam, że kupię. Jej recenzja oraz to, co napisała o podkładzie przekonały mnie o dobrym kierunku. I w taki oto sposób kupiłam jak tylko weszła do sprzedaży.

Prezentacja pomadek: Guerlain KissKiss Roselip Morning Rose/YSL Volupte Sheer Candy 06 Lucious Cherry/ Lipstick Queen Hello Sailor /recenzje/




Korzystając z powrotu do formy oraz pięknego dnia (czyt. dobrego światła) postanowiłam zaprezentować trzy pomadki, które w ostatnim czasie towarzyszyły mi regularnie. Dwie z nich kupiłam sama (Guerlain i Lipstick Queen) a jedną dostałam w prezencie (YSL). Nowością na pewno mogę nazwać Hello Sailor, ponieważ jest ze mną najkrócej z całej trójki, lecz używam jej na tyle długo i regularnie, by wiedzieć że moje zdanie nie ulegnie zmianie. W podsumowaniu lutego /link/ zasygnalizowałam moje małe niezadowolenie, jak będzie dzisiaj?

Zapraszam :)

YSL NU EDP





Dzisiaj będzie o perfumach. O wspominaniu, zapominaniu. Mała retrospekcja.  Wszystko za sprawą YSL NU EDP. Z dedykacją dla S. miłości mojego życia.

Magiczny krążek, który zatoczył pełne koło wracając po latach. Już nie raz wspominałam, że zapach to dla mnie taki album ze zdjęciami. Za każdym razem określony aromat przywołuje wspomnienia, odkurza kąty pamięci wprowadzając na nowo element życia.



Są czasami zapachy sentymentalne, które wiążą się z konkretnymi osobami, tak też jest w przypadku Winter Delice ( nich będzie przy innej okazji), które stały się synonimem pogodzenia się z losem, jak to pompatycznie brzmi. Ale tak, tak było i jednocześnie były pożegnaniem. Zamknięcie pewnego rozdziału, o którym tak myślałam kiedyś. Jednak pojawiło się NU EDP i na nowo rozgrzało zmysły do czerwoności. Sprawiło, że tamta jesień stała się decydującym czasem. Bo przecież ile razy myślimy, że coś możemy zrobić, bo tak będzie najlepiej, lecz tego nie robimy. Wiemy, że zaprzeczymy sobie na zawsze i nie będzie już drogi powrotu, więc zostawiamy furtkę.



YSL NU EDP to historia burzliwego romansu, miłości życia, która nieoczekiwanie pojawiła się, żyła własnym życiem, dojrzewała, czekała na właściwą okazję i była nadzieją. Może to będzie ckliwa opowieść, ale spełniona, z happy endem.

Niepozorny krążek poznałam przypadkiem, była wtedy extra promocja w Rossmannie a zapach w sobie mnie zawojował! Był mroźny styczniowy poranek 2006r, kiedy zapoznałam się NU i choć po wersji  EDT wiedziałam, czego się spodziewać to pierwsza aplikacja EDP przeszła moje najśmielsze wyobrażenia.
Od razu zaznaczę, że uwielbiam skondensowaną bergamotkę, która tutaj jest w niesamowitym otoczeniu a im dłużej rozwija się na skórze, to staje się niesamowicie dymna. Pojawia się słodycz okraszona przyprawami, która upaja i hipnotyzuje. To są perfumy, które idealnie komponują się z moją skóra w każdych warunkach. Nie ma znaczenia pora dnia czy roku. NU EDP jest perfekcyjne.

To nie jest zapach dla osób lubiących dziewczęce zapachy, tutaj od razu pojawia się obraz kobiety z krwi kości, która zna swoją wartość i wie, dokąd podąża. Nie dla Niej kokardki i róż, tutaj jest krwista czerwień, smolista czerń i zdecydowanie.



Tak samo było ze mną wtedy. Wspomnienie niesie ze sobą ładunek emocjonalny nasycony jesienią, która tego roku była szczególnie ciepła. Ten podmuch wiatru, kiedy idziesz ramię w ramię a słońce bezczelnie wbija się w oczy.
 Zapach miejskiej nocy, wilgotne powietrze, które wciska się w nozdrza i nie daje spokoju. To pożar zmysłów i ucieczka od nich. Zapach skórzanej kurtki, której zamek zadziornie zaczepia się o mnie i nie daje spokoju. Dotyk ust, muśnięcie, które budzi wszystko to, co uśpione. I NU EDP….. Cały czas szaleje swoją mocą pośród uczuć.

Wydarzenia potoczyły się własnym torem a perfumy pozostały niczym wiernie czekający kochanek. Jaka ironia losu! Jednak one niosły ze sobą o wiele więcej niż jestem w stanie wypowiedzieć. Zrobiłam zapas, jak szalona. Tylko po to, by uchronić od zapomnienia to, co było dla mnie tak bardzo ważne, nadzieję i wiarę, że to, co złe przeminie.
Jednak jak to mówią klasycy, wszystko, co dobre kiedyś się kończy. Kolejne flakony z Nu były opróżniane, choć zostawiałam je dla odświeżenia. Po jakimś czasie pogodzona z losem chciałam pożegnać się z zapachem, bo ileż można polować na okazje, czy płacić ogromne pieniądze, by upolować ulubioną perełkę? Dla wielu osób byłam a raczej jestem wariatką, która woli kupić kolejny flakon. Bo on ma priorytet. Ale mam to w nosie. Kocham perfumy i w którymś momencie ten zapach dal mi pewną siłę. Bez niego nie byłoby mnie w miejscu, w którym jestem.

Niebawem minie 6 lat od chwili, dla której przepadłam w głębi Nu EDP i na nowo w moje ręce trafił falkon a raczej krążek z magicznym płynem. 100ml upojenia, w których na nowo odnajduję zmysłowość i spełnienie.
Dzisiaj obraz przeobraził się w partnerstwo i miłość do końca życia. Po tylu latach wróciłam do punktu wyjścia bogatsza o doświadczenie i wiem, że to nie była tylko gorączka zmysłów.

Po raz kolejny przekonuję się, że ma przypadków. Na wszystko przychodzi pora w życiu. Co najlepsze, moje najukochańsze zapachy to za każdym razem opowieść o mnie samej, wyborach, przeżyciach. I patrząc na kształtującą się na nowo kolekcję nie ma przypadkowych flakonów. Jest określony cel.

Dla zaspokojenia ciekawości nuty zapachowe
Nuta głowy: bergamotka.
Nuta serca: dzika orchidea, czarny pieprz.
Nuta bazowa: kadzidło, nuty drzewne i przyprawowe, wetiwer


Pozdrawiam!




YSL Faux Cils 04 Fascinating Violet

Maskara YSL FC to mój absolutny faworyt - nie tylko ze względu na bajeczny kolor fioletu ale głównie dzięki temu, co robi z moimi rzęsami:) Wystarczy kilka machnięć szczoteczka i mam wyczesane, podkreślone  w sposób widoczny. Jeżeli chce mocnego efektu wystarczy starannie aplikować tusz by zyskać niemalże efekt sztucznych rzęs. Kiedy zależy mi na naturalnym wykończeniu jedna warstwa tuszu spokojnie załatwia sprawę.

Nie osypuje się, nie podrażnia oczu. Łatwa w obsłudze szczoteczka pozwala na staranne wyczesanie rzęs.

Dużo osób narzeka na słabą żywotność tej maskary - ja tego nie widzę, z reguły starcza mi na od 3/6 m-cy, pilnuje by dobrze dokręcać opakowanie i obowiązkowo 2/3 w tygodniu myje szczoteczkę w cieplej wodzie z mydłem. Nie wpływa to negatywnie na walory użytkowe i pozwala wydłużyć jego żywotność.









Poniżej zdjęcia samej maskary:)