Linia tych maskar wyjątkowo przyciąga moją uwagę — na blogu dzieliłam się już wrażeniami na temat wersji brązowej (KLIK) oraz zielonej (KLIK). Tym razem przyszła kolej na absolutnie zjawiskowy burgund, czyli 05 Sassy Burgundy.
W gamie znajduje się jeszcze klasyczna czerń, ale o niej wspomnę na końcu, jako uzupełnienie moich obserwacji dotyczących całej serii.
Mam wrażenie, że w zależności od koloru maskary z tej linii różnią się między sobą bardziej, niż mogłoby się wydawać — i to nie tylko wizualnie. Każda z nich ma swoje specyficzne cechy, o których rzadko się mówi. A przynajmniej ja nie spotkałam się z tak kompleksowym porównaniem.
Formuła Lash Clash ma tendencję do dość szybkiego gęstnienia, jednak stopień tego procesu różni się w zależności od koloru. 03 Scandalous Green od początku była najbardziej kremowa i „mokra”, natomiast 02 Brown — bardziej zbita i treściwa. Z kolei 05 Sassy Burgundy okazała się wyjątkowo kremowa, ale jednocześnie mocno „sprasowana” — przypominała mi pod tym względem Zalotkę Burgundową z Glam Shopu, którą również trudno wydobywało się z opakowania.
Było to dla mnie zaskakujące, ponieważ każdy z tych wariantów kupowałam tuż po premierze, wszystkie powinny być więc świeże. A jednak ich zachowanie wyraźnie się różniło.
Jedno trzeba im oddać — każdy z kolorów charakteryzuje się bardzo intensywną pigmentacją, zgodną z nazwą. Dzięki temu efekt na rzęsach jest wyraźny i nie trzeba „domyślać się” koloru, co w przypadku maskar kolorowych wcale nie jest oczywiste.05 Sassy Burgundy zachwyca od pierwszego użycia — jego odcień i nasycenie są naprawdę wyjątkowe. To właśnie kolor sprawił, że bardzo szybko zdobył moją sympatię.
Niestety… równie szybko pojawiły się problemy. Maskara zaczęła intensywnie gęstnieć, a w konsekwencji kruszyć się i osypywać. Już na etapie samej konsystencji widać było różnicę, burgundowa wersja była wyraźnie bardziej zbita i gęsta niż pozostałe.Nie da się nią budować mocniejszego efektu, podczas aplikacji pojawiają się grudki, a w ciągu dnia tusz zaczyna się kruszyć. Nie spodziewałam się, że proces ten będzie postępował tak szybko od momentu otwarcia. Zakładałam, że będę miała więcej czasu na przygotowanie zdjęć, niestety, nie udało się. Skupiłam się więc głównie na pokazaniu samego koloru.
Gdyby nie tempo „starzenia się” formuły, bez wahania zaliczyłabym ten wariant do swoich faworytów — za kolor, efekt i trwałość. Bo zanim zacznie gęstnieć, sprawdza się świetnie: nie kruszy się, nie osypuje, nie odbija i utrzymuje się na rzęsach w nienaruszonym stanie przez cały dzień. Do demakijażu najlepiej sprawdza się klasyczny płyn dwufazowy.
Jak wypadają pozostałe kolory?02 Brown w trakcie gęstnienia zmieniła swoją konsystencję na tyle, że zaczęła nadmiernie oblepiać szczoteczkę. Nie byłam w stanie usunąć nadmiaru produktu — każdy element spirali był nim obciążony, co praktycznie uniemożliwiało użycie. To pierwsza taka sytuacja, z jaką się spotkałam.
03 Scandalous Green z kolei w pewnym momencie przestała zastygać na rzęsach i zaczęła się odbijać. Ponieważ przez dłuższy czas nakładałam tylko jedną warstwę, nie zauważyłam tego od razu. Spodziewałam się podobnego zachowania jak w przypadku brązu, a jednak było zupełnie inaczej.
Przy 05 Sassy Burgundy byłam więc przygotowana na różne scenariusze i faktycznie, znów było „niestandardowo”. Pomimo wyczuwalnego zgęstnienia tusz pozostawał przyjemnie kremowy i dobrze przenosił się na rzęsy, ale jednocześnie od razu pojawiały się zastygające grudki. To był moment, w którym wiedziałam, że nie ma sensu dalej po niego sięgać.
A co z klasyczną czernią?
Miałam ją jedynie w wersji mini, jednak od początku do końca zachowywała się zupełnie inaczej niż warianty kolorowe. Była kremowa, ale bardziej „mokra” i mniej zbita. Znacznie dłużej utrzymywała swoją pierwotną konsystencję, dzięki czemu była dużo bardziej komfortowa w użytkowaniu.
Kolor był intensywny, głęboki i smolisty, dokładnie taki, jakiego oczekuję od czarnej maskary. W zależności od potrzeb mogłam uzyskać zarówno subtelne podkreślenie rzęs, jak i mocniejszy efekt. Zdarzały się jednak dni, kiedy tusz odbijał się na górnej powiece.
PodsumowanieMuszę przyznać, że różnice pomiędzy poszczególnymi wariantami tej samej linii naprawdę mnie zaskoczyły. Nie spodziewałam się aż tak dużych rozbieżności, choć mając w pamięci Faux Cils, powinnam była brać to pod uwagę.
Prawdopodobnie i tak wrócę do 05 Sassy Burgundy, głównie ze względu na kolor. Rozważałam ponowny zakup wersji brązowej, jednak zdecydowanie bardziej odpowiada mi MACStack Mascara Brown. Poznałam też Lancôme Lash Idôle Mascara Brown, daje zupełnie inny efekt, ale pod wieloma względami bardzo mnie zachwyca. Mam nadzieję, że tak pozostanie.
Nie nazwę mojego doświadczenia z Lash Clash rozczarowaniem, ale z pewnością oczekiwałam więcej — szczególnie w tej półce cenowej. Z drugiej strony kolorowe maskary wciąż nie są aż tak popularne, zwłaszcza te o naprawdę intensywnym, widocznym pigmencie zgodnym z nazwą.
Jedno jest pewne, zaspokoiłam swoją ciekawość. Teraz mogę szukać dalej ;)
Znacie tę linię maskar? A może macie swoich ulubieńców lub inne doświadczenia? Dajcie znać w komentarzach 💬
Pozdrawiam serdecznie! ✨


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Entuzjastka świadomej i skutecznej pielęgnacji. Działająca niekomercyjne i hobbystycznie. Jest to jedna z moich stref relaksu :) Poznaj mój świat określany przez potrzeby skóry/rosacea w remisji. Od dawna nie gonię kosmetycznego króliczka, nie testuję TYLKO sprawdzam i
dopasowuję poszczególne elementy, by całość była spójna.
1001 Pasji, to wiele stron jednej kobiety <3
#freefromPR
Dziękuję za wszystkie Wasze komentarze, każdy z nich sprawia że TO miejsce ożywa dzięki WAM!
Jeżeli jeśli chcesz zaprosić mnie na swoją stronę, nie wklejaj linków w komentarzach. W wolnej chwili zajrzę z chęcią do Ciebie :)
Zastrzegam sobie prawo do usunięcia reklamowych postów, które zostaną zamieszczone bez mojej zgody.