Moja pielęgnacja. Czas przemian ✨

 


Jeszcze chwilę temu — przynajmniej tak mi się wydawało — moja pielęgnacja wyglądała zupełnie inaczej. Uwielbiałam wieloetapowe rytuały, z których czerpałam ogromną przyjemność. Starannie planowałam dobór poszczególnych produktów, dopasowując je do aktualnej kondycji i potrzeb skóry. Przynosiło to wiele korzyści, bo w tle cały czas były (i nadal są) choroby autoimmunologiczne, z którymi funkcjonuję i które w pewnym sensie wyznaczają kierunek działania.

Co zmieniło się na przestrzeni ostatnich pięciu lat, że tamten etap stał się dziś jedynie wspomnieniem utrwalonym na zdjęciach i we wpisach blogowych oraz instagramowych?

Stała się rzecz banalna, naturalna i w pełni akceptowalna — weszłam w okres okołomenopauzalny.

Wciąż mówi się o tym zdecydowanie za mało, a przecież hormony odgrywają ogromną rolę w funkcjonowaniu skóry. W moim przypadku pociągnęło to za sobą nawrót łuszczycy. Zaostrzenie rosacea trzy lata temu było jedynie incydentem przy tym, co wydarzyło się później.

I to właśnie było dla mnie największym zaskoczeniem, ponieważ dużo bardziej byłam przygotowana na zaostrzenie rosacea niż łuszczycy. Tymczasem zmiany łuszczycowe pojawiły się również na twarzy. Nigdy wcześniej nie miałam z tym do czynienia. Przez całe życie przeszłam jedynie dwa nawroty łuszczycy, obejmujące owłosioną skórę głowy oraz pojedyncze miejsca na ciele — głównie łokcie.

Cała moja pielęgnacja była więc podporządkowana utrzymaniu remisji rosacea, łagodzeniu, wyciszaniu i wspieraniu bariery naskórkowej. To był priorytet, ponieważ skóra z tego typu dermatozami jest skórą dysfunkcyjną.

Czasami myślę, że gdybym posiadała dzisiejszą wiedzę pięć czy dziesięć lat temu, wiele rzeczy mogłoby potoczyć się inaczej. Z drugiej strony — i tak nie wyszło najgorzej, choć częściowo dałam się ponieść trendom, które zaprowadziły mnie w rejony niekoniecznie odpowiednie dla mojej skóry. Na szczęście rozsądek i intuicja zatrzymały mnie w odpowiednim momencie.

Mam tutaj głównie na myśli retinoidy oraz SPF. Tak, wiem — dla wielu będzie kontrowersyjna rezygnacja z wręcz religijnego podejścia do filtrów. Zwyczajnie dopasowuję je do własnej aktywności oraz indexu UV. Nie jestem w drużynie SPF przez cały rok i nigdy nie byłam. Za to na pewno zrobię podsumowanie używanych filtrów po sezonie letnim. Może wcześniej coś pojawi się na Instagramie. Nadal również szukam jak najlepszego dopasowania do ciała, bo do twarzy już mam.

Zrezygnowałam również z pomysłów na różnego rodzaju zabiegi. Doszłam do momentu, w którym byłam już pewna, że nie zmienią one niczego istotnego w moim życiu. Nie miałam też ochoty na ciągłe stymulowanie skóry, obserwowanie jej reakcji, przechodzenie od zabiegu do kuracji naprawczych i ponownego przywracania stabilności. To jest zwyczajnie męczące, a w moim przypadku nie wnosiło niczego nowego.

Co więcej — kiedy skóra osiągała etap prawidłowego funkcjonowania, każda kolejna ingerencja zaburzała ten stan i zmuszała do rozpoczynania wszystkiego od nowa. Mam tutaj na myśli kosmetyczne retinoidy oraz większe stężenia kwasów. Przy zabiegach to oczywista oczywistość ;)

Dla mnie najważniejsze było, jest i będzie utrzymanie ustabilizowanej skóry, która — pomimo dermatoz — funkcjonuje bez nadmiernej reaktywności, uwrażliwienia i ciągłego stanu zapalnego.

I zawsze podkreślam jedno: doprowadzenie do remisji nie jest największą sztuką. Prawdziwym wyzwaniem jest jej utrzymanie.

Cztery lata temu przeszłam Covid, który zbiegł się w czasie z wejściem w okres okołomenopauzalny. Skóra dosłownie oszalała. W pierwszej kolejności odstawiłam wszystkie produkty z kwasami oraz kosmetyczne retinoidy. Skupiłam się wyłącznie na regeneracji i przywróceniu prawidłowego funkcjonowania skóry.

Do retinoidów już nie wróciłam i nie planuję tego robić. Na szczęście nie dałam się również namówić na tretynoinę. To nie był też dobry moment na jakiekolwiek zabiegi, choć wiele osób mocno je sugerowało.

I właśnie wtedy zaczęła się prawdziwa przemiana.

Udało mi się wyciszyć zaczerwienienia, łuszczenie oraz ogromne uwrażliwienie skóry. Zapanowałam nad rumieniem i przywróciłam jej stabilność. W tamtym czasie świadomie nie zdecydowałam się na leczenie farmakologiczne — na własną odpowiedzialność — ponieważ nie chciałam iść drogą na skróty i czułam, że sytuacja nie jest jeszcze krytyczna.

Miałam rację.

Cztery tygodnie intensywnej pielęgnacji, całkowicie pozbawionej składników aktywnych, przyniosły świetne rezultaty. Kolejne tygodnie tylko je utrwaliły.

Wraz z tym zaczęło zmieniać się również moje podejście.

Coraz bardziej zależało mi na tym, aby pielęgnacja była przyjemnym dodatkiem, a nie koniecznością. Chciałam, żeby skóra sama w sobie funkcjonowała prawidłowo.

Dziś, oznacza to dla mnie możliwość obycia się bez kremu rano po przebudzeniu, w ciągu dnia czy nawet po wieczornym myciu twarzy. Bez uczucia ściągnięcia, suchości i podrażnienia.

Weekendy czy spokojniejsze dni coraz częściej stają się dla mnie czasem w stylu raw beauty.

Nie mam problemu z tym, że skóra posiada swoją naturalną strukturę — pory, drobne linie czy zmarszczki są czymś absolutnie normalnym. Widoczne teleangiektazje, delikatne łuszczenie czy okresowa suchość wynikająca z łuszczycy nadal się pojawiają, ale nie są już tak uciążliwe ani dominujące.

Makijaż ponownie stał się dodatkiem upiększającym, a nie próbą kamuflażu.

Cieszę się kondycją swojej skóry i tym, jak wygląda w wersji sauté. Staram się, by moja pielęgnacja była nie tylko świadoma, ale przede wszystkim skuteczna i wspierająca ogólną higienę życia.

To wymaga organizacji i konsekwencji, ale mam nadzieję, że uda mi się utrzymać ten stan jak najdłużej — bez leków, hormonalnej terapii zastępczej i wielu innych rozwiązań, z którymi spotykałam się po drodze.

Mojej Mamie się udało. I do dziś widzę bardzo wiele wspólnych punktów w naszej historii.

Dlatego wszystko doprowadziło mnie do miejsca, w którym pojawił się nowy porządek. Może nie minimalizm — bo nadal uwielbiam kosmetyki i wszystko, co z nimi związane — ale zdecydowanie większa prostota i funkcjonalność.

Postawiłam na kremy, które są dla mnie „wszystkim w jednym”. Dzięki nim moja pielęgnacja stała się krótsza, bardziej uporządkowana, a jednocześnie skuteczna. Tego typu produkty często pełnią również funkcję bazy pod makijaż lub SPF.

Ich konsystencja oraz skład idealnie współpracują z potrzebami mojej skóry. Nawilżają, odżywiają, nie obciążają, nie powodują nadmiernego przetłuszczenia ani uczucia ściągnięcia w ciągu dnia. Jednym słowem — sam krem zapewnia mojej skórze pełne wsparcie.

Rano mogę dodać serum antyoksydacyjne, wieczorem postawić na regenerację albo delikatne działanie funkcyjne, wszystko zależy od aktualnych potrzeb skóry oraz leczenia. Maści używam już wyłącznie doraźnie.

Pewnym przełomem było dla mnie poznanie oferty Skin Science. Nadal uważam, że serie Vegeboost oraz Molecules są świetne. Później pojawił się jednak Architekt Skóry od Skinow i wywołał u mnie prawdziwą rewolucję. Podobnie jak Tatcha Indigo Repair Overnight oraz Oskia Rest Day Barrier Repair Balm.

Odkryłam również prawdziwą perełkę w ofercie Back To Comfort, Ureavit krem CICA nawilżająco-łagodzący do twarzy i ciała. Jestem zachwycona jego działaniem i właściwościami. To wielofunkcyjne cudo, bez którego nie wyobrażam już sobie swojej pielęgnacji.

Produkty funkcyjne ograniczyłam do minimum. Najbardziej zależy mi na delikatnym działaniu normalizującym, które nie będzie kolidowało ze zmianami łuszczycowymi.

Dlatego odpadają mocniejsze preparaty, takie jak peeling z kwasem mlekowym Ph. Doctor — bardzo go lubię, ale sięgam po niego sporadycznie i nie wiem, czy jeszcze będę mogła do niego wrócić.

Na jego miejsce pojawiło się serum Skinow Strażnik Równowagi, które zapowiada się idealnie dopasowaną opcją. Używam go jeszcze zbyt krótko, by wyciągać ostateczne wnioski, ale każde kolejne użycie utwierdza mnie w przekonaniu, że to dobry kierunek.

Wcześniej korzystałam ze sprawdzonego The Ordinary Niacinamide 10% + Zinc 1% oraz zestawów Back To Comfort. Celowo używam słowa „zestawy”, ponieważ nie jestem w stanie stosować warstwowo serum BtC. Nie odpowiadają mi ich konsystencje ani zachowanie na skórze. Nawet krem nie rozwiązuje tego problemu.

Dlatego mieszam serum bezpośrednio z kremem i traktuję całość jako jeden produkt. W taki sposób używałam serii Azeli-C Upcycling oraz Fresh-y — i możliwe, że jeszcze sięgnę po kolejne warianty.

W każdym razie taki duet BtC stanowi dla mnie jeden wieczorny etap pielęgnacji i niczego więcej już wtedy nie potrzebuję.

Zrezygnowałam z wielu kosmetyków i nie czuję potrzeby ponownego ich wprowadzania.

Zostało ze mną serum Oskia Midnight Elixir, do którego nie wykluczam powrotów. Nadal jestem również bardzo przywiązana do Tatcha Luminous Dewy Skin Mist, o której pisałam już obszernie na blogu, więc dobrze wiecie, jak ważną rolę pełni w mojej pielęgnacji.

Nadal chętnie sięgam po oleje oraz balsamy na ich bazie, natomiast lubię mieć pod ręką KraveBeauty Oil La La i cieszę się, że poprawiono formułę tego serum. Już kiedyś o nim wspominałam na łamach bloga i przy najbliższej okazji zrobię porównanie nowej odsłony do już dobrze tej znanej. Będzie to również dobra okazja do omówienia mojej całej pielęgnacji.

Rano nie odczuwam potrzeby sięgania po jakikolwiek produkt myjący — używam wyłącznie samej wody. Z kolei wieczorem, po demakijażu, staram się wybierać bardzo łagodne kosmetyki, które nie naruszają bariery hydrolipidowej skóry. W kwestii demakijażu lubię różne konsystencje i wiele zależy od tego, co aktualnie mam na skórze oraz jakie są jej potrzeby. Najchętniej sięgam po balsamy i mleczka, zwłaszcza te o bogatszych, bardziej otulających formułach.

Jeszcze dekadę temu — a może nawet wcześniej — myślałam o pielęgnacji również w kontekście działań przeciwstarzeniowych, co dziś wywołuje u mnie jedynie szeroki uśmiech. Biologiczny proces starzenia jest czymś całkowicie naturalnym, a zmarszczki, utrata jędrności czy gęstości skóry nie spędzają mi snu z powiek. Wręcz przeciwnie. Coraz częściej patrzę w lustro z przyjemnością i zwyczajnie podoba mi się to, co widzę.

Dlatego też na blogu oraz Instagramie na pewno będzie dużo mniej treści typowo pielęgnacyjnych i skupionych wokół problemów ze skórą. Nie oznacza to, że z nich zrezygnuję, lecz są też inne tematy, które dużo bardziej mnie pochłaniają na obecną chwilę. Poza tym moja obecność w Internecie wynika wyłącznie z hobbystycznego zamiłowania i jest również jedną ze stref relaksu. To się nie zmieni.

Po analizie kolorystycznej podjęłam decyzję o rezygnacji z farbowania włosów i była to jedna z najlepszych zmian, jakie mogłam sobie zafundować. Warto skupić się na tym, na co naprawdę mamy wpływ. Dlatego postawiłam na inne rozwiązania — takie, które dają mi komfort, spokój i autentyczną radość.

Niebawem skończę 50 lat i coraz mocniej doceniam codzienność, zwykłe chwile i sam fakt, że można je przeżywać świadomie. Bo nic nie jest dane raz na zawsze. Dlatego celebrujmy życie — również poprzez troskę o siebie, ale bez presji i nieustannej walki z czasem.

Pozdrawiam serdecznie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Entuzjastka świadomej i skutecznej pielęgnacji. Działająca niekomercyjne i hobbystycznie. Jest to jedna z moich stref relaksu :) Poznaj mój świat określany przez potrzeby skóry/rosacea w remisji. Od dawna nie gonię kosmetycznego króliczka, nie testuję TYLKO sprawdzam i
dopasowuję poszczególne elementy, by całość była spójna.
1001 Pasji, to wiele stron jednej kobiety <3
#freefromPR

Dziękuję za wszystkie Wasze komentarze, każdy z nich sprawia że TO miejsce ożywa dzięki WAM!
Jeżeli jeśli chcesz zaprosić mnie na swoją stronę, nie wklejaj linków w komentarzach. W wolnej chwili zajrzę z chęcią do Ciebie :)
Zastrzegam sobie prawo do usunięcia reklamowych postów, które zostaną zamieszczone bez mojej zgody.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...