Od dawna planowałam opublikować wpis na jej temat i w końcu nadszedł ten dzień. Chciałam mieć absolutną pewność, że wrażenia, którymi się podzielę, mają solidne podstawy i dotyczą produktu, do którego rzeczywiście wracam z przyjemnością.
Mgiełka została już wcześniej wyróżniona przy okazji mojego przewodnika po ofercie Tatcha, jednak moje początki z nią wcale tego nie zapowiadały. Wręcz przeciwnie, kiedy poznałam ją po raz pierwszy, potraktowałam ją wyłącznie jako pielęgnacyjny gadżet. Produkt z fantastycznym atomizerem, który zapewnia przyjemne doznania podczas używania… i na tym koniec.
Z czasem jednak moje zdanie zmieniło się o 180 stopni. Dziś wracam do niej regularnie i bez wahania zaliczam ją do swoich ulubieńców.Większość tego typu produktów pozostaje po prostu mgiełkami — czymś, po co sięga się głównie dla odświeżenia skóry lub ewentualnie w celu zniwelowania pudrowego wykończenia makijażu. W przypadku Tatcha Luminous Dewy Skin Mist uważam jednak, że obietnice producenta faktycznie zostały spełnione.
Nie wiem, czy jest to kosmetyk dla wszystkich — zresztą taki produkt prawdopodobnie w ogóle nie istnieje. Jeśli jednak lubisz efekt glow połączony z realnymi walorami pielęgnacyjnymi, istnieje duża szansa, że będzie to coś dla Ciebie.
W mojej pielęgnacji mgiełka stała się nieodłącznym elementem przez większą część roku i celowo nie ograniczam jej funkcji tylko do jednej roli. Bardzo lubię sięgać po nią w ciągu dnia, szczególnie jesienią i zimą, gdy tylko zaczynam odczuwać napięcie lub podrażnienie skóry. W takich momentach szybko przywraca komfort, jednocześnie pomagając zapobiegać dalszemu odwodnieniu.Nie znam innego produktu w tej formie, który działałby w tak podobny sposób i rzeczywiście dawał wyraźne poczucie nawilżenia, jego utrzymania, zmiękczenia skóry, a przy tym subtelnego wygładzenia. Co ważne, mgiełka nie narusza makijażu, dlatego świetnie sprawdza się także do redukcji pudrowego wykończenia.
Dodatkowo skóra zyskuje promienny, świeży wygląd. Nie ma tu żadnych drobinek czy widocznego połysku, efekt na skórze jest jedwabisty i przypomina gładką taflę.
W zależności od potrzeb można ją stosować na kilka sposobów: jako jeden z etapów pielęgnacji, bazę pod makijaż lub spray wykańczający makijaż. Osobiście uwielbiam tę dodatkową porcję nawilżenia i odświeżenia, jaką zapewnia.
Latem, przynajmniej na razie, jest dla mnie nieco zbyt bogata. Skóra jednak się zmienia, więc kto wie — być może za jakiś czas zmienię zdanie. W pełni doceniam natomiast jej właściwości podczas podróży, szczególnie w samolocie. Dlatego staram się mieć ją zawsze pod ręką, niezależnie od pory roku.
Choć konsystencja mgiełki może kojarzyć się z mlecznymi tonerami, dla mnie ogromną zaletą pozostaje sama forma aplikacji — szybka, wygodna i niewymagająca wklepywania produktu w skórę.
Ogromnym atutem jest również sam dozownik. Spray rozprowadza idealną porcję produktu w postaci niezwykle drobnej, delikatnej mgiełki, która w chwili aplikacji jest praktycznie niewyczuwalna na skórze. To prawdziwe CUDO!Subtelny strumień produktu wydobywa się z atomizera i osiada na skórze niczym niewidoczny woal, dając natychmiastowe uczucie ukojenia, nawilżenia i odżywienia. Skóra zaczyna lśnić — dosłownie. W zależności od ilości aplikowanej mgiełki można ten efekt stopniowo wzmacniać. Ja zdecydowanie preferuję wersję „na bogato”.
Zapach jest bardzo delikatny i utrzymany w charakterystycznym klimacie serii „Dewy”.
Trzeba również przyznać, że samo opakowanie i jego oprawa cieszą oczy. Dzięki temu mgiełka świetnie sprawdzi się także jako prezent. Wszystkie detale są dopracowane — butelka wykonana jest z masywnego szkła, a złote elementy pięknie współgrają z charakterystycznym fioletem linii „Dewy”.
Pełnowymiarowe opakowanie ma pojemność 40 ml. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to niewiele, zwłaszcza w relacji do ceny wynoszącej około 48 GBP. W praktyce jednak jest to produkt bardzo wydajny. W ofercie znajduje się również miniatura o pojemności 12 ml w cenie około 23 GBP. Dodatkowo regularnie pojawiają się różnego rodzaju promocje, z których zdecydowanie warto korzystać. Warto też wspomnieć, że PAO wynosi 6 miesięcy.
A jak jest u Was? Znacie tę mgiełkę, lubicie ją, czy może macie swojego ulubionego faworyta w tej kategorii? Dajcie znać w komentarzach!Pozdrawiam serdecznie i do następnego wpisu! 😊


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Entuzjastka świadomej i skutecznej pielęgnacji. Działająca niekomercyjne i hobbystycznie. Jest to jedna z moich stref relaksu :) Poznaj mój świat określany przez potrzeby skóry/rosacea w remisji. Od dawna nie gonię kosmetycznego króliczka, nie testuję TYLKO sprawdzam i
dopasowuję poszczególne elementy, by całość była spójna.
1001 Pasji, to wiele stron jednej kobiety <3
#freefromPR
Dziękuję za wszystkie Wasze komentarze, każdy z nich sprawia że TO miejsce ożywa dzięki WAM!
Jeżeli jeśli chcesz zaprosić mnie na swoją stronę, nie wklejaj linków w komentarzach. W wolnej chwili zajrzę z chęcią do Ciebie :)
Zastrzegam sobie prawo do usunięcia reklamowych postów, które zostaną zamieszczone bez mojej zgody.