Lily Lolo* Blush: In The Pink & Burts Your Bubble

Podczas prezentacji zestawu kosmetyków Lily Lolo /link/ pokazałam dwa odcienie prasowanych różów: In The Pink & Burts Your Bubble. Kolory już podczas pierwszego kontaktu nie wywołały we mnie entuzjazmu, ponieważ odnosiłam wrażenie, że „giną” na mojej skórze. Na potrzeby poniższych zdjęć użyłam naprawdę sporej ilości, by można było cokolwiek dostrzec a i tak nadal mam wątpliwości, czy faktycznie zostały należycie uchwycone. Pomijam fakt „zjadania” kolorów przez aparat, bo przy tych ustawieniach i świetle z reguły nie mam z tym problemów... Miałam kilka podejść do przygotowania zdjęć oraz tego posta, ostatecznie poddałam się i zamieszczę je w takiej, a nie innej postaci. Straciłam serce i zapał do tych kosmetyków....


Prasowana forma minerałów ma niewątpliwie dużo plusów, dlatego też postawiłam na róż, który jest obowiązkową pozycją w moim makijażu obok brązera.


Opakowania, to zgrabne puzderka z lusterkiem. Przydatny i funkcjonalny dodatek, kasetka z dobrego jakościowo tworzywa bywa atutem zwłaszcza podczas mobilnych okazji. Wypróbowałam :)


Ze względu na dość twardą i zbitą konsystencję używałam różnych pędzli na bazie włosia naturalnego oraz syntetycznego. Żaden mnie nie zadowolił i wina leży po stronie produktu, nie pędzli. Nałożenie optymalnej ilości (widocznej) jest nie lada wyzwaniem. Pierwsze próby kończyły się na tym, że żaden z kolorów nie odznaczał się specjalnie na skórze. W zasadzie nie widziałam różnicy przed i po. Kiedy zaczynałam dokładać/budować stopień nasycenia dochodziło do plam, które ciężko było rozetrzeć. Przeprowadziłam kilka prób na bazie kolorówki tradycyjnej oraz minerałów, różnica pojawiła się tylko jedna. Na podkładzie mineralnych róż zyskuje na dużo lepszej przyczepności, lecz kolor nadal jest słabo widoczny. Poddałam się ;)

Być może dla cer bardzo bardzo jasnych, bladolicych te kolory staną się bardziej trafione. Nie wiem.... Z jednej strony, udana kolorystyka i dobra dla większości osób, trudno sobie nimi zrobić krzywdę. Jednak bywały dni, kiedy do aplikacji musiałam się naprawdę przyłożyć i nagle nałożenie różu było niczym cały rytuał.


Mam mieszane odczucia względem formuły, koloru a przede wszystkim zapachu.... Przy każdorazowym otwarciu atakuje nas specyficzna woń, która odbiera mi resztki radości podczas makijażu. Trwałość oceniam na przeciętną, na mojej skórze po kilku godzinach ślad po różu zanika (o ile w ogóle można mówić o widoczności;))

Kasetki zawierają 4g produktu, który jest ważny przez 12 miesięcy od daty otwarcia w cenie 54,90 zł /link/


Jeśli założymy, że posiadamy tylko kilka sztuk różów, to śmiem twierdzić, że podczas regularnego używania, 12 miesięcy na zużycie jest wykonalne. Patrząc obiektywnie na relację cena/wydajność/pojemność nie jest źle, gorzej jak komuś naprawdę nie przypadnie specyficzny aromat do gustu/nosa... Dlatego też, jeżeli macie okazję wypróbować/poznać ofertę Lily Lolo przed zakupem, gorąco zachęcam do tego kroku. Osobiście wolę dołożyć drugie tyle i kupić coś extra bądź nawet w tej samej cenie wybrać coś innego z ogromnej oferty na rynku.

Ok. 1,5 miesiąca codziennego oswajania tych dwóch kolorów sprawiło, że nie mam ochoty na więcej. W tym miejscu wygrywają róże mineralne, które uwielbiam i takie z oferty Lily Lolo bardzo sobie cenię i chwalę. Miałam w swoich zasobach kilka kolorów, po które sięgałam z przyjemnością. Do wersji prasowanej minerałów już raczej nie zrobię kolejnego podejścia. Zaspokoiłam swoją ciekawość i starczy ;)

Pierwsze wrażenia stały się ostatnimi ;) a jak Wasze doświadczenia z minerałami?
Pozdrawiam :)



 *stanowi Recenzję sponsorowaną, która jest oznaczona etykietą

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za wszystkie Wasze komentarze, każdy z nich sprawia że TO miejsce ożywa dzięki WAM!
Jeżeli jeśli chcesz zaprosić mnie na swoją stronę, nie wklejaj linków w komentarzach. W wolnej chwili zajrzę z chęcią do Ciebie :)
Zastrzegam sobie prawo do usunięcia reklamowych postów, które zostaną zamieszczone bez mojej zgody.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...