MAC is BACK! Kosmetyczne powroty i moje ulubione kosmetyki MAC, do których wracam po latach


Nie przypuszczałam, że oferta MAC po wielu latach pochłonie mnie na dobre. Owszem, lubiłam pojedyncze produkty, ale nigdy nie byłam wielką fanką marki. Co się zmieniło? Na pewno moje preferencje. Mam też nadzieję, że nadchodzące reformulacje będą równie udane i zachęcą do dalszych zakupów.

Do tego wpisu zebrałam wszystkie produkty, które kupiłam w ciągu ostatnich miesięcy (jeden jest prezentem!). Wszystko zaczęło się w zeszłym roku i zupełnie nieoczekiwanie uzbierała się całkiem pokaźna kolekcja. Zapraszam do dalszej części wpisu!

Zacznę od Pro Longwear Paint Pot Creamy Eyeshadow w boskim odcieniu Tailor Grey. Podchodziłam do niego jednak z pewną rezerwą, ponieważ ten typ produktu nigdy nie sprawdzał się u mnie solo. Zawsze potrzebowałam dodatkowej bazy pod cienie, co było dla mnie sporym rozczarowaniem. Większość osób używa Paint Potów właśnie jako bazy lub produktu podbijającego kolor.

Choć skóra moich powiek z czasem się zmieniła i obecnie mam cienie, które mogę nosić bez dodatkowej bazy, tym razem Paint Pot ponownie okazał się nietrafionym wyborem. Szkoda, bo Tailor Grey to przepiękny, „błotnisty” beżowo-brązowy odcień, który producent określa jako cool taupe i w pełni się z tym zgadzam.

Owszem, jestem w stanie przedłużyć jego trwałość przy pomocy bazy i utrwalić go prasowanymi cieniami, ale nie taki był mój zamysł. To moje ostatnie podejście do tego produktu.

Z kolei premiera Multisculpt Matte Liquid Eye and Face Colour wydała mi się bardzo obiecująca. Już przy pierwszym kontakcie formuła zrobiła na mnie świetne wrażenie, dlatego wybrałam bezpieczny odcień Brule.

Początkowo daje efekt przypominający korektor, jednak po rozprowadzeniu i zastygnięciu idealnie stapia się z kolorem mojej skóry, pozostawiając piękne, aksamitne wykończenie. Wydawałoby się, że może stać się idealną bazą pod cienie lub cieniem bazowym.

Niestety — nic z tego.

Już po kilku godzinach na powiece pojawiają się prześwity, a w załamaniu kolor zaczyna zanikać, odsłaniając skórę. Efekt nie wygląda dobrze.

Najchętniej nakładam go pod łuk brwiowy i to jedyny sposób użycia, który w pełni mnie satysfakcjonuje. Dobrze, że zdecydowałam się tylko na jeden odcień, miałam ochotę na kilka innych i mogłabym zaliczyć naprawdę spore rozczarowanie.

Dla odmiany Dazzleshadow Liquid Eyeshadow w kolorze Not Scared To Sparkle (sheer silver with multi-pearl glitter) całkowicie mnie oczarował. Na tyle, że mam ochotę na kolejne warianty - i wiem, że prędzej czy później je kupię.

Rewelacyjna formuła, piękne wykończenie, łatwa aplikacja i bardzo dobra trwałość. Świetnie łączy się z innymi kosmetykami, nie naruszając ich przy okazji. Transparentna baza daje duże pole do działania — wspaniale odbija światło i nie osypuje się w trakcie noszenia. Lubię używać go zarówno do detali, jak i na całą powiekę. Na uwagę zasługuje także aplikator, podobnie jak w przypadku wcześniej opisanego Brule.

Ponoć seria Multisculpt Matte Liquid Eye and Face Colour ma zastąpić Paint Poty. Nie wiem, na ile jest to potwierdzona informacja, ale akurat ten typ produktu bez żalu odpuszczam. Na pewno jednak będę śledzić kolejne poczynania marki.

Za to bardzo spodobał mi się cień w sztyfcie Dazzleshadow Eyeshadow Stick w obłędnym odcieniu Haku Haze (silver lilac). Choć na rynku są opcje oferujące lepszą trwałość, to jego formuła, wykończenie i efekt bardzo mi odpowiadają.

Używany na całą powiekę wymaga u mnie zastosowania bazy, samodzielnie nie jest w stanie przetrwać i zbiera się w załamaniu.

Metaliczne wykończenie w połączeniu z mocno nasyconym pigmentem pozwala na łatwe stopniowanie efektu. Sam sztyft ma idealną konsystencję, gładko sunie po skórze i dobrze się rozprowadza. Najczęściej używam go w wewnętrznym kąciku oka lub do tworzenia kresek. Nie wykluczam też zakupu kolejnych odcieni.

Kilka razy już chwaliłam powrót do bazy pod cienie Prep + Prime 24 Hour Extend Eye Base i na ten moment widzę, że jest ona bezkonkurencyjna. Potrafi uratować nawet najbardziej beznadziejne przypadki. Wygodne opakowanie zapewnia precyzyjne dozowanie, a sama konsystencja jest bardzo komfortowa w użyciu.

Od jakiegoś czasu nie muszę już specjalnie przygotowywać skóry powiek, więc od razu aplikuję bazę, rozprowadzam ją na całej powierzchni, daję chwilę na zastygnięcie i przechodzę do makijażu. Nigdy nie nakładam kremu na powieki, natomiast zmieniły się nieco moje potrzeby - do ujednolicenia koloru skóry wykorzystuję odrobinę korektora. Dzięki temu zyskuję dodatkowe rozjaśnienie.

O tym, jak bardzo zmieniło się moje podejście i potrzeby skóry, możecie przeczytać we wcześniejszym wpisie.

Szukając nowego żelu do brwi, zależało mi przede wszystkim na chłodnym odcieniu oraz formule, która dobrze współpracowałaby z moją ulubioną kredką Hourglass, a przy tym nie obciążała brwi. Moje są dość miękkie i delikatne.

Właśnie wtedy polecono mi Eye Brows Big Boost Fibre Gel Thunder (soft grey/ash) - i była to bardzo dobra rekomendacja. Zarówno formuła, jak i kolor okazały się dla mnie idealne. Z pewnością do niego wrócę.

Produkt świetnie wygląda na moich brwiach niezależnie od ich „wyjściowego” stanu. Regularnie używam farbki (tzw. henny), ale w momencie zakupu celowo z niej zrezygnowałam, żeby sprawdzić, jak żel poradzi sobie solo. I wywiązał się z obietnic producenta, zachęcając mnie do dalszego używania.

Początkowo obawiałam się jego dość zbitej, kremowej konsystencji, ale ostatecznie — odpowiednio dozując produkt — jestem w stanie uzyskać zarówno bardzo delikatne, jak i bardziej wyraziste wykończenie. Brwi wyglądają na pełniejsze i ładnie podkreślone, a ogromnym atutem pozostaje sam odcień.

O moich zachwytach tuszem MACStack Mascara Chestnut Stack pisałam już wcześniej /KLIK/, i w efekcie mam za sobą trzecie opakowanie. Na pewno nie ostatnie.

Na fali zamiłowania do brązowych mascar postanowiłam sięgnąć po kolejną propozycję MAC. Miałam pewne obawy związane ze szczoteczką, która — ze względu na kształt i budowę moich oczu — nie jest dla mnie idealna. Jest dość duża i choć dobrze rozdziela rzęsy oraz równomiernie rozprowadza produkt, to niemal za każdym razem wymaga poprawek, górna powieka niezmiennie potrzebuje korekty. To zdecydowanie nie jest maskara „na szybko”.

Na moich rzęsach najlepiej prezentuje się jedna warstwa, kluczowe jest dokładne rozprowadzenie produktu i staranne wyczesanie na koniec. Każda kolejna warstwa powoduje już efekt odwrotny: pojawiają się grudki, rzęsy zaczynają się sklejać, a tusz w ciągu dnia potrafi się kruszyć. Potrzebowałam więc chwili, żeby „opanować” ten produkt.

Sam kolor bardzo mi się podoba, to głęboki, ciemny brąz, który przy delikatnym makijażu pięknie dopełnia całość. Dobrze wygląda także w mocniejszej wersji, choć moim celem było uzyskanie bardziej naturalnego efektu. Na co dzień noszę okulary fotochromowe, więc zależy mi głównie na podkreśleniu rzęs, a nie na intensywnym makijażu oka.

Jestem zadowolona z efektu pogrubienia i zagęszczenia bez nadmiernego obciążenia, co przy cienkich i delikatnych rzęsach zdarza się bardzo łatwo. Rzęsy są elastyczne, uniesione i ładnie podkreślone. Demakijaż również nie sprawia problemów.

Dlatego, gdy pojawiła się limitowana kolekcja Nocturna, w której znalazła się MACStack Elevated Mascara w odcieniu Midnight Stack /minirecenzja/, uznałam, że to dobry moment, aby sięgnąć po bazę MACStack Legit Lift Lash Primer Stark Stack. I był to strzał w dziesiątkę.

To produkt naprawdę godny uwagi, szczególnie dla osób, które lubią tego typu rozwiązania. Świetna formuła i dobrze zaprojektowana szczoteczka zapewniają nie tylko dodatkową objętość i uniesienie, ale także pięknie podbijają kolor maskary i wydłużają jej trwałość.

Co więcej - uratowała mi kilka produktów, z którymi wcześniej miałam problem. Każda maskara zyskuje z nią lepsze wykończenie. Moje rzęsy są delikatne, więc łatwo je obciążyć albo sprawić, że staną się jeszcze bardziej „niewidoczne”. Nie używam odżywek ani sztucznych rzęs — zależy mi, żeby tusz robił dokładnie to, co powinien. I jeśli pojawia się problem z formułą czy szczoteczką, ta baza bardzo skutecznie go rozwiązuje.

Jedną z nowości jest również korektor do korekty koloru Studio Fix 24hr Colour Corrector. Wybrałam odcień Violet (neutralizuje żółto-pomarańczowe tony i dodaje chłodu), który bardzo pozytywnie zaskoczył mnie swoją formułą i możliwościami.

Cieszy mnie, że na rynku pojawia się coraz więcej tego typu produktów. Violet jest mocno napigmentowany, ale dzięki formule świetnie łączy się z innymi konsystencjami. Warto mieć do niego biały mikser i ja również planuję po taki sięgnąć, bo okazał się niezbędny przy pracy z fioletowym mikserem z Apollca.

To temat na osobny wpis, ale jeśli interesujecie się korektą koloru i pracą z mikserami (nie tylko do podkładów), zdecydowanie warto się temu przyjrzeć. Bardzo się cieszę, że MAC wprowadził tę linię do swojej oferty.

Jeśli mowa o powrotach, nie może zabraknąć różów. Tym razem sięgnęłam po dwa odcienie o różnych wykończeniach, jeszcze w starej formule. Nie chciałam czekać na nową odsłonę i kupiłam je kilka miesięcy temu.

Nie będę się nad nimi zbyt rozwodzić, ale mam nadzieję, że reformulacja nie wpłynie negatywnie ani na kolorystykę, ani na właściwości.

MAC Sheertone Blush Breath of Plum (soft plum shade with cool undertones)
MAC Powder Blush
Desert Rose (soft reddish burgundy)

Uwielbiam oba kolory, choć szczególne miejsce zajmuje u mnie Desert Rose — okazał się niemal idealnym odwzorowaniem mojego naturalnego rumieńca. Trudno uchwycić jego rzeczywisty odcień, dlatego zdjęcia pełnią raczej funkcję poglądową.

Breath of Plum to z kolei przepiękny, zgaszony śliwkowo-fioletowy róż, który można stopniować w zależności od potrzeb. To jeden z niewielu odcieni w tym typie, który z powodzeniem mogę nakładać bezpośrednio na skórę — bez podkładu.

Pomadki MAC po raz kolejny przyciągnęły moją uwagę i tym razem skończyło się na trzech różnych formułach. Jedna z nich była prezentem-niespodzianką, który — wbrew licznym rekomendacjom — okazał się mało trafiony. Finalnie jednak postanowiłam dać mu szansę, co doprowadziło mnie do zakupu czegoś, po co w normalnych okolicznościach raczej bym nie sięgnęła.

Wszystko zaczęło się od MAC MACximal Sleek Satin Lipstick Amorous (dusty blue pink), który wcześniej polecałam dla Zgaszonego Lata. Nie do końca jest to jednak kolor w moim stylu. A właściwie — muszę mieć na niego konkretny nastrój. Najczęściej noszę go wklepany w usta jak balsam albo łączę z innymi odcieniami.

Tym „innym” okazał się MAC Frost Lipstick Plum Dandy (plum frosted with bronze), który solo jest dla mnie nie do przyjęcia. Metaliczne wykończenie jest bardzo wyraźne i nie podoba mi się efekt, jaki daje na moich ustach. Być może inne Zgaszone Lato odnajdzie w nim więcej uroku, ale u mnie się nie sprawdza. Najlepiej wygląda właśnie w duecie z Amorous — i po to połączenie sięgam najczęściej.

Kiedy pojawiła się premiera MAC Powder Kiss Hazy Matte Lipstick, moją uwagę przyciągnął odcień Girls Weekend (dusty mauve), który bardzo szybko się wyprzedał. Wiedziałam, że chcę go sprawdzić — choćby ze względu na formułę.

W teorii Girls Weekend przypominał mi NYX Suede Matte Lipstick „Lavender and Lace”, choć NYX był wyraźnie bardziej nasycony. W praktyce okazało się, że to dwa zupełnie różne produkty i tu spotkało mnie pozytywne zaskoczenie. Formuła MAC okazała się dokładnie taka, jakiej oczekiwałam. NYX natomiast pasował mi kolorystycznie, ale nie odpowiadał mi pod względem właściwości.

Mimo wszystko Girls Weekend nie dawał mi spokoju. Postanowiłam sprawdzić go w połączeniu z konturówką 03 od Victoria Beckham Beauty, a przy okazji wrócił temat Plum Dandy. W ten sposób w mojej kolekcji znalazły się trzy pomadki, które funkcjonują w bardzo konkretnych konfiguracjach.

Tylko jedna z nich sprawdza się solo, pozostałe wymagają odpowiedniego zestawienia, ale finalny efekt zdecydowanie przemawia na ich korzyść.

Teoretycznie MAC oferuje ogromny wybór odcieni i wykończeń, jednak kiedy szuka się konkretnych kolorów — często idąc pod prąd trendom — okazuje się, że wcale nie jest to takie proste.

Na zakończenie zostawiłam rewelacyjny rozświetlacz w płynie — MAC Skinfinish Lightstruck Liquid Highlighter w odcieniu Lightscape (warm white beige).

To 15 ml genialnej formuły, która ma praktycznie wszystko, czego oczekuję od rozświetlacza. Lekka, niewyczuwalna konsystencja — pozbawiona tłustości i lepkości — gładko rozprowadza się na skórze, zarówno palcami, jak i pędzlem.

Pozostawia przepiękne, świetliste wykończenie, które można stopniować — od subtelnej tafli po efekt zbliżony do glass skin. Mam w planach zakup kolejnego odcienia i szczerze dziwię się, że mówi się o nim tak niewiele.

Jestem pod dużym wrażeniem tego, jak się zachowuje, jak łatwo się z nim pracuje i ile przyjemności daje jego używanie.

Opakowanie jest szklane, bardzo zgrabne, wyposażone w wygodną pompkę. Lubię stosować go solo, mieszać z podkładem, a także dodawać do produktów do ciała.

To już wszystko, co chciałam pokazać i omówić przy tej okazji. Jestem jednak ciekawa — czy jest coś, na co według Was powinnam jeszcze zwrócić uwagę? :) Dajcie znać w komentarzach!

Niewykluczone, że za jakiś czas pojawi się kolejna część tego cyklu.

Pozdrawiam serdecznie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Entuzjastka świadomej i skutecznej pielęgnacji. Działająca niekomercyjne i hobbystycznie. Jest to jedna z moich stref relaksu :) Poznaj mój świat określany przez potrzeby skóry/rosacea w remisji. Od dawna nie gonię kosmetycznego króliczka, nie testuję TYLKO sprawdzam i
dopasowuję poszczególne elementy, by całość była spójna.
1001 Pasji, to wiele stron jednej kobiety <3
#freefromPR

Dziękuję za wszystkie Wasze komentarze, każdy z nich sprawia że TO miejsce ożywa dzięki WAM!
Jeżeli jeśli chcesz zaprosić mnie na swoją stronę, nie wklejaj linków w komentarzach. W wolnej chwili zajrzę z chęcią do Ciebie :)
Zastrzegam sobie prawo do usunięcia reklamowych postów, które zostaną zamieszczone bez mojej zgody.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...