Ulubieńcy bez limitu. Polubione, sprawdzone i kupione ponownie. Hity 2025 – podsumowanie. Jakich kosmetyków używam najczęściej i do których regularnie wracam

W kosmetycznych podsumowaniach nie może zabraknąć ulubieńców. Pomyślałam, że na to miano zasługują produkty, których zakup z całą pewnością ponowię — albo już to zrobiłam. I to nie raz 🙂 W końcu wraca się do kosmetyków, które zachwycają, które się lubi i które działają nie tylko zgodnie z przeznaczeniem, ale również z naszymi oczekiwaniami. Bez zbędnego przedłużania zapraszam do dalszej części tekstu!

Na początek pianka do włosów R+Co Bleu Highest Volumizing Mousse, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie (omówienie znajdziecie TUTAJ) i bez której nie wyobrażam sobie dziś codziennej stylizacji włosów. Jest doskonała! Mam nadzieję, że na długo pozostanie w sprzedaży i nadal będzie zachwycać swoimi właściwościami. Zapewnia mi dokładnie to, czego oczekuję od produktu do stylizacji.

W temacie pielęgnacji włosów nie może zabraknąć zestawu Hairmoji Juicy Curls – aktywator skrętu oraz Hairmoji Chill – regenerująca odżywka. Oba produkty są rewelacyjne. Choć regularnie sięgam po Juicy Curls, bo pełni rolę stylizatora i odżywki bez spłukiwania w jednym, to odżywka Chill wciąż nie przestaje mnie zachwycać. To dopasowanie na wielu poziomach, a fakt, że kupuję je regularnie od wielu miesięcy, mówi sam za siebie. Było to moje odkrycie 2024 roku 😀 Zasługują na pełne omówienie — i teraz już naprawdę nie mam wymówki.

Wróciłam również do Philip Kingsley Styling Maximizer Root Boosting Spray i utwierdziłam się w przekonaniu, że nie ma nic, co lepiej współpracowałoby z moimi włosami. Świetnie działa zarówno w połączeniu z suszarką, jak i wtedy, gdy pozwalam włosom wyschnąć naturalnie. Jest MOC! Dodatkowym atutem są różne pojemności, co bardzo ułatwia pakowanie na wyjazdy — pozorny detal, ale każdy, kto podróżuje, doceni takie rozwiązanie. Efekt jest stabilny niezależnie od warunków zewnętrznych czy szerokości geograficznej. Do tego dobra dostępność i sensowna relacja ceny do pojemności oraz wydajności.

Na blogu stosunkowo niewiele miejsca poświęciłam SVR Topialyse Huile Lavante Micellaire, a jest to mój wieloletni faworyt, do którego regularnie wracam. Co więcej — reformulacja zdecydowanie mu służy 🙂 Wspominałam o nim dawno temu na Instagramie (linki: 1, 2) i zdania nie zmieniam. To kosmetyk wielozadaniowy, skuteczny, dostępny w różnych pojemnościach. Jedynym minusem pozostaje dla mnie kompozycja zapachowa, choć po zmianach jest już zdecydowanie lepiej 😉 Pozostałe zalety w pełni to rekompensują.

Warto też przypomnieć Pharmaceris A Puri-Sensilium – piankę myjącą do twarzy i oczu. To jedna z niewielu drogeryjnych pianek, którą naprawdę uwielbiam. Bezzapachowa, o kremowej, komfortowej konsystencji, doskonale rozpuszcza makijaż i filtry. Radzi sobie również z podstawowym makijażem oczu, nie podrażniając ich przy tym. Bez problemu wykorzystuję ją zarówno do pełnego demakijażu, jak i porannego oczyszczania. Żel z tej linii nie skradł mojego serca, ale pianka to prawdziwa perełka za grosze, do której regularnie wracam od kilku lat.

W kategorii ekonomicznych propozycji nie może zabraknąć Nivea Double Effect Waterproof Eye Make-Up Remover. Skuteczna, niepodrażniająca i łatwo dostępna. Lubię ją, wracam do niej i zapewne będę to robić dalej. Co prawda moim numerem jeden pozostaje linia Take The Day Off od Clinique (balsam i dwufaza), ale rotacja z Niveą sprawdza się u mnie doskonale.

Oskia również musiała się tu pojawić. Każdy, kto śledzi bloga, wie, że od lat darzę markę ogromną sympatią. Obecność Renaissance Cleansing Gel nie będzie więc zaskoczeniem — podobnie jak Nutri-Bronze Adaptive Sheer Tinted Serum. Rest Day Barrier Repair Balm, choć znalazł się już w kosmetycznych odkryciach ubiegłego roku, także tutaj ma swoje zasłużone miejsce. Kupiłam kolejne opakowanie i na pewno nie ostatnie.

O Nutri-Bronze wspominam praktycznie co roku — to chyba najlepsza motywacja, by w końcu opublikować pełną recenzję. Renaissance Cleansing Gel tym razem występuje w limitowanej edycji z okazji 15-lecia marki, a jedyną różnicą jest kompozycja zapachowa. O wersji klasycznej pisałam dawno temu, ale tekst pozostaje aktualny.

Do hitów bez limitu należą również Sisley Double Tenseur Instant & Long-Term oraz Eye Contour Mask. Pierwszemu poświęciłam osobny wpis, który wciąż jest aktualny (link). Zmienia się właściwie tylko jego cena, która z roku na rok rośnie. Coraz częściej myślę o znalezieniu alternatywy, choć nie jest to łatwe — to naprawdę wyjątkowy kosmetyk.

Eye Contour Mask to z kolei jedna z gwiazd mojej pielęgnacji, zwłaszcza okolicy oczu. Bezkonkurencyjna klasyka, która wyprzedza wiele produktów tego typu, w tym popularne płatki pod oczy. Stosuję ją zarówno jako krem na noc, jak i maskę — szczególnie rano przed makijażem. Jest gęsta, kremowo-żelowa, otulająca, a jednocześnie nie obciąża skóry. Po jednorazowym użyciu widać poprawę: redukcję opuchnięć, wygładzenie, zmiękczenie i subtelne rozświetlenie. Działa szybko, skutecznie i kompleksowo.

Produkt jest bardzo wydajny (30 ml, PAO 6 miesięcy). Nigdy nie zdarzyło mi się zużyć go przed końcem PAO, a jego właściwości pozostają stabilne, dlatego niewielkie przekroczenie terminu uważam za akceptowalne.

Pozostaję również wierna marce Skin Science, a szczególnie linii Vegeboost. Rescue Face Mask Cream z kurkuminą kupuję zamiennie z Glow Mask Cream Face & Eyes. Choć od dawna nie śledzę działań marki, kosmetyki są świetne i nie zamierzam z nich rezygnować.

Pielęgnację zamykają moje perełki z Tatcha: fenomenalny Indigo Overnight Repair (recenzja dostępna na blogu) oraz Luminous Dewy Skin Mist, o której wkrótce napiszę więcej.

Kosas Sport Chemistry AHA Serum Deodorant to produkt naprawdę NADzwyczajny. Z jednej strony może zaskakiwać, z drugiej – bardzo szybko przekonuje do siebie. Pisałam o nim już wielokrotnie przy różnych okazjach, ale nie sposób pominąć go w kategorii ulubieńców. Kupuję go regularnie od kilku lat i nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić.

Z czasem przestałam zwracać uwagę na warianty zapachowe, które – w mojej opinii – niewiele wnoszą i nie mają większego znaczenia. Nie jestem zwolenniczką sztucznie wykreowanego trendu clean beauty, jednak w tym przypadku marka naprawdę stanęła na wysokości zadania, opracowując formułę, która robi wrażenie.

Kluczowe są dla mnie dwie kwestie: brak sody oczyszczonej oraz realne działanie. Dezodorant oparty jest m.in. na kwasach AHA (zawiera kwas szikimowy, migdałowy oraz mlekowy), które przy regularnym stosowaniu przynoszą zauważalne i naprawdę imponujące efekty.

Jeżeli ktoś szuka dezodorantu, który robi coś więcej niż tylko maskuje naturalny zapach potu, to zdecydowanie jest to właściwy kierunek.


Zanim przejdę do kolorówki, jeszcze słowo o Hairy Tale Cosmetics Squeaky Clean – łagodnym szamponie chelatującym do mycia w twardej wodzie. Regularnie sięgam po niego, ale… do czyszczenia gąbek i pędzli do makijażu! Początkowo był dla mnie produktem stricte funkcyjnym, jednak gdy przestałam go potrzebować do włosów, znalazłam dla niego nowe zastosowanie. To był strzał w dziesiątkę. Podobnie działa u mnie Dragon Wash, ale to właśnie po Squeaky Clean sięgam najczęściej.

Zestawienie makijażowe jest u mnie dość przewidywalne, ale pojawiło się w nim kilka produktów, po które sięgnęłam ponownie, oraz jeden, który na pewno kupię ponownie — czego zupełnie się nie spodziewałam. Zacznę właśnie od najmniej oczekiwanego, czyli Lisa Eldridge Seamless Skin Enhancing Tint. To kosmetyk, który bardzo dokładnie sprawdziłam jeszcze przed zakupem pełnowymiarowego opakowania, jednak przez długi czas traktowałam go raczej jako dodatek niż pełnoprawną bazę. Moja skóra w ostatnich miesiącach przeszła naprawdę sporo, co znacząco wpłynęło na sposób wykonywania makijażu i dobór produktów. Ku mojemu zaskoczeniu tint od Lisy bardzo szybko ujawnił swoje mocne strony i w połączeniu z odrobiną korektora oraz pudru stał się podstawą mojego makijażu.
Kredek w stylu Trish McEvoy Eye Brightener Pencil w odcieniu Shell jest na rynku sporo, jednak wróciłam właśnie do tej konkretnej i planuję pozostać przy niej na dłużej. Lubię ją za kolor, formułę oraz wydajność. Wbrew pozorom nie zużywa się tak szybko, a sam format jest dla mnie niezwykle komfortowy w codziennym użyciu.

Kiedy myślę o podkreślaniu brwi, moim pierwszym wyborem jest Hourglass Arch Brow Sculpting Pencil, którą uważam niemal za ideał. Jedyne, czego mi w niej brakuje, to rozszerzenie palety kolorystycznej o typowo chłodne tonacje. To właśnie one są moim największym niedosytem – przez wszystkie lata od momentu premiery tych kredek zdążyłam poznać niemal każdy dostępny odcień.

Niezależnie od tego formuła, jakość grafitu oraz komfort pracy z produktem są absolutnie fenomenalne. Co prawda od czasu do czasu sięgam po nowości, ale i tak niezmiennie wracam do Arch Brow Sculpting Pencil i szczerze mówiąc… nie widzę dla niej innej alternatywy 🙂


Na szczególne wyróżnienie zasługują trzy pomadki:

  • Sisley Le Phyto Rouge 20 Rose Portofino

  • Bobbi Brown Crushed Lip Color Cali Rose

  • Chanel Rouge Allure Velvet 459 Lumineuse

Każda z nich reprezentuje inną formułę, wykończenie i właściwości, a mimo to wszystkie noszą się znakomicie — choć nie są pozbawione drobnych wad.

Zacznę od Sisley Le Phyto Rouge. Sztyfty w tych pomadkach są dość słabo osadzone, dlatego szczególnie na początku użytkowania trzeba zachować ostrożność. W miarę zużywania produktu problem staje się mniej odczuwalny, pod warunkiem że nie wysuwa się sztyftu zbyt daleko. Niemniej, przy tej cenie i renomie marki spodziewałabym się lepszego dopracowania detali. Sama formuła jest jednak absolutnie rewelacyjna. Wyróżnia się na tle konkurencji w tym segmencie cenowym i na moich ustach działa jak balsam — zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym, oczywiście przy założeniu regularnej pielęgnacji ust. Mogę nosić ją przez cały dzień bez uczucia dyskomfortu, a wieczorem i tak sięgam po odżywczy balsam. Pomadka pięknie układa się na ustach, nie migruje poza kontur i najczęściej noszę ją bez konturówki. Odcień 20 Rose Portofino bez problemu aplikuję nawet bez lusterka. Jestem pewna, że jeszcze wrócę do tego tematu na blogu.


Crushed Lip Color od Bobbi Brown natomiast swoim zapachem i posmakiem przywodzą mi na myśl pomadki Celii, których używała moja babcia. To skojarzenie nie każdemu przypadnie do gustu, ale mnie zupełnie nie przeszkadza. Formuła, zachowanie na ustach oraz paleta kolorystyczna sprawiają, że z pewnością sięgnę po kolejne odcienie. To raczej barwione balsamy do ust niż klasyczne pomadki — poziom krycia można stopniować, a w trakcie noszenia pozostawiają delikatny efekt koloryzujący, co uważam za duży atut. Sztyft jest twardy i dobrze osadzony, gładko sunie po ustach i pod wpływem ciepła przeobraża się w miękki, otulający balsam bez efektu obciążenia. Trwałość oceniam jako dobrą, choć częstotliwość reaplikacji zależy od aktywności. Warto testować odcienie na żywo, ponieważ różnią się one intensywnością pigmentu, co ma wpływ na łatwość aplikacji.

Rouge Allure Velvet od Chanel sprawiła, że kupiłam już kolejny odcień — tym razem z aktualnej edycji limitowanej. O Lumineuse pisałam szerzej na blogu (link), a do całej tej przygody wrócę jeszcze w osobnym podsumowaniu.

W tym zestawieniu powinny znaleźć się również pomadki Victoria Beckham Beauty, o których pisałam TUTAJ. Ponieważ jednak poświęciłam im sporo miejsca w ubiegłym roku, nie chciałam się powtarzać. Tym razem celowo wykorzystałam tę formę wpisu, aby pokazać coś dobrze znanego, choć pozornie „nie-nowego”.

Do takich nie(nowości) należy także doskonały puder prasowany Charlotte Tilbury Airbrush Flawless Finish Powder w odcieniu 1 Fair, który po długim czasie doczekał się w końcu wersji z wymiennymi wkładami — i bardzo chętnie z tej opcji korzystam. Cenię go za właściwości wygładzające, zmiękczające oraz brak typowo pudrowego wykończenia. Jeśli mam nałożyć puder w okolicy oczu, to właśnie ten wybór jest dla mnie oczywisty.

Na zakończenie przypomnę Nudestix Magnetic Eye Color Cream Waterproof Eye Shadow Pencil w odcieniu Matte Hot Stone, którego słocze możecie zobaczyć tutaj. Nie będę teraz rozpisywać się na jego temat, ponieważ planuję poświęcić mu osobny wpis. W skrócie: kolor, formuła i właściwości są na absolutnie rewelacyjnym poziomie.

Jeżeli – tak jak ja – cenicie bardzo dobrą trwałość oraz idealne dopasowanie kolorystyczne dla Zgaszonego Lata, zdecydowanie warto zwrócić uwagę na ten cień w kredce. Dla mnie to idealna baza pod cienie, eyeliner, produkt do podkreślenia górnej linii rzęs, a także cień typu one & done. Jest to formuła zastygająca, ale na tyle podatna na rozcieranie, że bez znaczenia pozostaje, czy sięgniemy po pędzel, czy użyjemy palców.

Ostatnie, ale nie mniej ważne, są cienie w kremie Suqqu Liquid Luster Eyes w odcieniach 103 Sumiregokochi oraz 106 Oboroyuki. Są absolutnie obłędne. Uwielbiam je przede wszystkim za kolory, ich nasycenie oraz efekt, który można stopniować. Baza kolorystyczna nie jest intensywna, natomiast pięknie się buduje. Już przy jednej, cienkiej warstwie pojawia się subtelna mgiełka pełna drobinek, które wyglądają zjawiskowo zarówno w sztucznym świetle, jak i w pełnym słońcu – i przy tym pozostają niezwykle eleganckie.

To taki rodzaj cieni, które są obecne, ale jednocześnie jakby ich nie było. Oczywiście można z ich pomocą stworzyć mocniejszy makijaż, jednak ja najczęściej sięgam po nie w ciągu dnia. Bez problemu sprawdzają się solo, świetnie łączą się z innymi produktami i bardzo dobrze wyglądają w roli toppera. Często wykorzystuję je również do wykonania kreski, którą delikatnie rozcieram. Z całą pewnością sięgnę po kolejne odcienie.

I to już wszystko, co chciałam omówić i zaprezentować w tym wpisie 🙂 Przygotowując go, kierowałam się chęcią pokazania kosmetyków, które są naprawdę „w zasięgu ręki” – używam ich na co dzień i stały się dla mnie naturalnym wyborem, bez długiego analizowania argumentów za i przeciw. Pytanie i szybka decyzja. To zdecydowanie mój styl. A jak jest u Ciebie?

Jestem ciekawa, czy również kierujecie się podobnymi wytycznymi, czy może nie przywiązujecie wagi do faworytów i wolicie ciągłe poszukiwania, zmiany oraz dynamiczną rotację produktów?

Pozdrawiam serdecznie 🙂

1 komentarz:

  1. Bardzo dużo ciekawych kosmetyków, które na pewno warto wypróbować. Olejek też SVR bardzo lubię, tak samo szminki Sisley czy Chanel. Ciekawi mnie jak te kolory wyglądają na ustach. Wiele razy patrzyłam w aplikacji na stronie, ale to nie to samo, ci ,,na żywo" :)

    OdpowiedzUsuń

Entuzjastka świadomej i skutecznej pielęgnacji. Działająca niekomercyjne i hobbystycznie. Jest to jedna z moich stref relaksu :) Poznaj mój świat określany przez potrzeby skóry/rosacea w remisji. Od dawna nie gonię kosmetycznego króliczka, nie testuję TYLKO sprawdzam i
dopasowuję poszczególne elementy, by całość była spójna.
1001 Pasji, to wiele stron jednej kobiety <3
#freefromPR

Dziękuję za wszystkie Wasze komentarze, każdy z nich sprawia że TO miejsce ożywa dzięki WAM!
Jeżeli jeśli chcesz zaprosić mnie na swoją stronę, nie wklejaj linków w komentarzach. W wolnej chwili zajrzę z chęcią do Ciebie :)
Zastrzegam sobie prawo do usunięcia reklamowych postów, które zostaną zamieszczone bez mojej zgody.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...