Recenzje w pigułce cz. X


Dzisiaj poświęcę nieco uwagi kilku produktom, które z różnych względów nie doczekają się pełnych recenzji. Niemniej warto pozostawić pewien ślad w postaci krótkiego podsumowania oraz prezentacji. Może kogoś zainteresują, jak nie dzisiaj, to jutro ;)

Zapraszam :)


Yes To Carrots Exfoliating Cleanser przywędrował do mnie w prezencie Gwiazdkowym od Marty :* (Hunger For Beauty). Jest to kremowy preparat oczyszczający o działaniu złuszczającym (zawiera średniej wielkości drobinki, które są naprawdę delikatne) przeznaczony dla skóry normalnej i suchej. Zasada użycia jest prosta, niewielką ilość nakładamy na wilgotną skórę i masujemy. Myślę, że to niezłe rozwiązanie, kiedy szukamy produktu do roli second cleanser bądź delikatnego peelingu mechanicznego. Po spłukaniu pozostawia skórę przyjemnie odświeżoną, miękką i gładką bez warstwy okluzyjnej, której nieco się obawiałam z uwagi na kremową konsystencję. Nie mam potrzeby mycia twarzy po jego użyciu. Postać białego kremu jest komfortowa, przyjemnie rozprowadza się na skórze wywiązując się ze swojego działania. Zgodnie z zawartą obietnicą na opakowaniu nie jest perfumowany - wg mojego nosa jest to czysto emolientowy aromat wymieszany z roślinnymi dodatkami, neutralny. Jest delikatny, lecz z uwagi na moja naczynkową cerę i rosacea nie jest to kosmetyk do codziennego stosowania, dla mnie.


Klasyczne opakowanie, pojemność 100 ml, cena około 8 funtów. Produkt mile mnie zaskoczył, zwłaszcza że moje wcześniejsze spotkania z ofertą tej marki nie należały do zbytnio udanych. To zaliczam do na plus. Wątpię, czy kupię go sama, raczej nie, ale to wyłącznie moje preferencje i odkładając na bok "moje widzimisię" uczciwie zostawiam zielone światło :)


Elemental Herbology Delicate Cleanse, to prezent od Martyny (@lukrecja_borgia :))) delikatne kremowe mleczko do demakijażu oraz mycia twarzy. Na początku pomyślałam, że to kolejne eko-cudo ;) - poza tym z ofertą marki miałam już do czynienia i jakoś nie do końca się dogadywaliśmy ;) Teraz, z perspektywy czasu nie wiem jak mogłam przeoczyć ten produkt, ale od początku ;) Konsystencja jest przyjemna, zwarta, niezbyt gęsta i dobrze rozprowadza się na skórze. Nic nie spływa, nie rozlewa się na boki. Ma specyficzny zapach, do którego z czasem się przyzwyczaiłam. 


Stosowałam  głównie do usuwania makijażu twarzy, ponieważ wywiązywał się z tego genialnie. Co więcej, jest dużo lepszy niż Balancing Cleanser Alpha-H /recenzja/, tylko jak na złość firma chyba postanowiła go wycofać. Fail roku... poznać świetny produkt, polubić go i docenić w pełni jego zalety, po czym dowiedzieć się, że jest chyba poza zasięgiem. Wielka szkoda. Jednocześnie pozdrawiam Agnieszkę (iconic743 :))) która przypomniała mi o marce i tym samym uświadomiłam sobie, że mam to cudo w swoich zasobach. Czekało w kolejce. Wpis bardziej "ku pamięci", ale może jeszcze gdzieś uda mi się upolować ten czyścik. Na zakończenie dodam, że jak na produkt o podstawowym zastosowaniu ma dobry wpływ na skórę z rosacea. Delikatny, skuteczny i jednocześnie pozostawiał skórę ukojoną bez konieczności stosowania po nim np. żelu/pianki itd.


Pinks Boutique Try Me Set: Hydrating Deep Cleanse Melt, Ocha & Rosehip Moisturiser, Anti Ageing Serum - zestaw miniaturek, który także otrzymałam od Martyny i opowiem o nim w kilku zdaniach. Być może kogoś zainteresuje taka opcja.


Hydrating Deep Cleanse Melt, to małe pudełeczko zawiera ok. 1g produktu i wg firmy ma starczyć na 6-7 aplikacji - nie wierzyłam, a jednak faktycznie. Używałam go do usunięcia makijażu twarzy, sprawdza się, aczkolwiek wymaga użycia szmatki/płatka. Tłusty (w bzie zawiera min. masło shea. Pachnie ziołowo. Fajna sprawa do poznania czegoś nowego, niemniej nie poczułam żądzy zakupu ;)

Ocha & Rosehip Moisturiser, przeznaczony dla skóry normalnej/odwodnionej/suchej w postaci kremu na dzień. Łączyłam go z powodzeniem z Anti Ageing Serum (olejowe serum przeznaczone dla cery suchej i wrażliwej) i wbrew obawom ten duet nieźle sprawdza się na mojej mieszanej cerze. Na razie zakupu nie planuję, może na jesień, zobaczymy ;) Krem jak na nawilżacz z przedziału eko posiada przyjemną konsystencję, pozbawioną woskowego wykończenia (zalety składu INCI) i mile mnie zaskoczył. Serum na bazie miniatury także oceniam na plus, wchłania się do matu i świetnie łączy się z w/w kremem. Kciuk w górę :)


Inglot Odświeżająca mgiełka do twarzy wzbogacona o ekstrakt z brzoskwini/cera sucha i normalna - kupiłam z ciekawości i zostałam mile zaskoczona. Nie jest to tzw. must have, ale podoba mi się jej działanie - sięgam po nią w ciągu dnia dla odświeżenia (teoretycznie może zastąpić ją wiele produktów, ale poręczna pojemność jest idealna do torebki/na wyjazd itd. bez konieczności przelewania oraz innych kombinacji).


Nie będę przypisywać jej cudownych właściwości, lecz zwilżam przy jej pomocy włosie pędzla do podkładu, czasem gąbkę BB a najbardziej podoba mi się to, jak ściąga pudrowy efekt i scala makijaż nadając "dewy look". Posiada przyjemny zapach, rozpyla naprawdę delikatną mgiełkę. Jedynym minusem jest relacja cena/pojemność/wydajność - 50 ml kosztuje 25 zł i przy regularnym korzystaniu znika naprawdę szybko. Z drugiej strony, jestem w stanie przymknąć oko i kupuję od czasu do czasu :)


Estee Lauder Makeup Brush Cleanser, jakoś nigdy wcześniej nie miałam okazji, by pokazać ten płyn do czyszczenia pędzli. Moim numerem 1 jest Laura Mercier Brush Cleanser /recenzja/ ale od czasu do czasu kupuję płyn EL. 


Pojemność 235 ml kosztuje £13.00 i w odróżnieniu od płynu MAC posiada atomizer, skuteczność porównywalna jednak częściej wybieram EL niż MAC ;)


Planeta Organica - Morze Martwe - maska do masażu poprawiająca wzrost włosów. Miałam okazję już wspomnieć parę razy na łamach bloga o tej masce, tylko chciałam zebrać wszystkie wrażenia w ogólnym podsumowaniu. Dostałam ją od Hasiaczka :* (Aniu, dziękuję :))


Zastanawiam się, CO producent tego produktu miał na myśli tworząc formułę oraz opis. Serio. Gęsta, kremowa maź o słodkim zapachu, a w niej zatopione drobinki, które mają zadanie peelingujące. Teoretycznie OK, tylko w praktyce cały ten pomysł legł w gruzach. Bez względu na długość włosów nie jestem w stanie nanieść maski tak, by dotarła do skóry głowy także masaż żaden. Nie wiem, czy poprawia wzrost włosów, ponieważ nie odnotowałam żadnych różnic. Największym problemem było wypłukanie maski... Działanie żadne, walory użytkowe także, a usunięcie jej z włosów było strasznie męczące, przy czym i tak potem okazywało się, że podczas suszenia wyjmowałam z pasm włosów ukryte drobinki.... Zużyłam ją z trudem. W zasadzie miałam nadzieję, że ścięcie włosów będzie pomocne i zacznie mi się jej używać lepiej. Nie udało się. 
Zapominam i doczekałam się powrotu do maski oczyszczającej z Phenome.


Bielenda Olejek różany do mycia twarzy, cera wrażliwa - spotkanie z tym olejkiem sponsoruje Maddie :* (Pachnące Historie) i myślę, że warto poświęcić mu kilka zdań.


Opakowanie tego olejku dawno za mną, ale muszę o nim wspomnieć z kilku przyczyn. Producent przeznacza go do mycia twarzy, co jest kluczowe oraz czaruje obietnicą przeobrażenia się olejku pod wpływem wody w piankę. Wpleciono za to w opis: zmywa makijaż (to w końcu do mycia twarzy, czy do demakijażu? rozgraniczam, te dwie sprawy i są to dla mnie dwa inne etapy) bo wg informacji STOSOWANIE - należy zwilżyć skórę twarzy i dłoni, nanieść na dłonie kilka doz olejku i rozprowadzić na skórze aż do powstania delikatnej pianki. Dokładnie spłukać, przy czym należy pamiętać, że należy unikać kontaktu z oczami. 
Widzę tutaj pewien brak konsekwencji, firma miała ciekawy pomysł na produkt, tylko chciała zbyt wiele funkcji "upchnąć" w jednym. W moim wypadku stosowanie się do instrukcji Bielendy kończyło się tym, że skóra nie była odświeżona, olejek/pianka po spłukaniu pozostawiał dziwną warstwę i miałam wrażenie, że po prostu jest brudna. I nie chodzi mi o resztki, tylko faktyczne zabrudzenia jakbym np. wysmarowała się plasteliną (miało się te pomysły w dzieciństwie LOL). Dlatego zmieniłam podejście i przy pomocy olejku usuwałam makijaż twarzy, nakładając na suchą skórę (na makijaż rzecz jasna), masując widziałam jak rozpuszcza mniej lub bardziej zaawansowane połączenia kolorówki, po czym całość spłukiwałam pod bieżącą ciepłą wodą. Następnym krokiem było użycie żelu/pianki bądź innego produktu. W takim wydaniu pewnie kiedyś go jeszcze kupię, gdy będę w kraju. Tylko powiedzmy sobie szczerze, na rynku nie brakuje świetnych olejków (z jasno określoną funkcją/przeznaczeniem) i np. ostatnio miałam okazję poznać Vianek Łagodzący olejek do demakijażu, który bardzo mnie zaskoczył na plus. Bielendo popraw się :) tyle mogę napisać!


Pozdrawiam serdecznie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za wszystkie Wasze komentarze, każdy z nich sprawia że TO miejsce ożywa dzięki WAM!
Jeżeli jeśli chcesz zaprosić mnie na swoją stronę, nie wklejaj linków w komentarzach. W wolnej chwili zajrzę z chęcią do Ciebie :)
Zastrzegam sobie prawo do usunięcia reklamowych postów, które zostaną zamieszczone bez mojej zgody.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...