Herbaciana Panna - Recenzja Gościnna - produkty Grashka


Herbaciana Panna recenzuje:





Eyeliner


To kosmetyk z którego jestem bardzo zadowolona. Precyzyjnie potrafię narysować nim kreskę, choć nie jestem mistrzem w robieniu „kociego oka”.  Warto wspomnieć, że ten eyeliner przybrał formę flamastra. Podoba mi się fakt, że rysująca końcówka jest twarda i nie rozwarstwia się. Ślad jest czarny, odporny na rozmazywanie i przez kilka godzin utrzymuje się na moich skłonnych do przetłuszczania się powiekach, bez konieczności poprawek. 


Wcześniej miałam eyeliner Miss Sporty i niestety jego trwałość wypadła bardzo blado, w porównaniu z Grashką. Wydajność kosmetyku mnie zadawala, mam już go od dłuższego czasu, a nie leży bezczynnie. Dokładniej trudno wypowiedzieć się  o wydajności bo nie sposób zobaczyć ile kosmetyku znika i w jakim tempie. Zauważyłam natomiast, że zaczyna wysychać, kreski nie są już tak „mokre” jak na samym początku, mimo, że zawsze zakładam skuwkę. Ważnym minusem jest słaba dostępność marki, osobiście spotkałam ją tylko w sklepie internetowym. Cena jest adekwatna do jakości, ponieważ uważam, że taki mały kosmetyk nie powinien kosztować więcej.

Cena: ok. 14,90 za 0,8 ml.

Skład niezadowalający ze względu na parabeny.

INGREDIENTS: AQUA, GLYCERIN, PVP/VA COPOLYMER, ISOPROPYL ALCOHOL, CI 77266, PVP, BUTYLENE GLYCOL, POLYSORBATE 60, SODIUM EDTA, COCAMIDPROPYL BETAINE, PHENOXYETHANOL, METHYLPARABEN, SODIUM CARBONATE, BUTYLPARABEN, PROPYLPARABEN, ETHYLPARABEN.


Baza


Bazy tej można używać pod mazidła zarówno do oczu jak i ust. Spodziewałam się, że ten produkt będzie podbijał kolor cieni i tak też się dzieje. Wszelkie kolory zyskują na swojej intensywności, co bardzo mi się podoba. Ponadto baza ułatwia rozcieranie kosmetyku, pędzelek łatwiej dzięki niej sunie po skórze.


Niestety rozsmarowanie bazy wymaga mocniejszego potarcia powieki, bo konsystencja jest dość tempa, przynajmniej dla mnie, posiadaczki skóry skłonnej do przetłuszczania się. Natomiast trwałość pozostawia nieco do życzenia. Fakt cienie czy szminki utrzymują się dłużej kiedy użyjemy pod nie bazy, ale niestety nie jest to wygórowana liczba czasu. Myślę, że taki kosmetyk powinien zapewnić możliwość przetańczenia całej nocy w idealnym makijażu. U mnie cienie giną stopniowo, a po pięciu godzinach pozostają brzydkie resztki makijażu. Jestem zawiedziona tym produktem. Dodam jeszcze, że opakowanie bazy jest poręczne i trwałe, a także pozwala dogłębnie wybrać kosmetyk. Wydajność tego produktu jest dobra. Tego typu produkty przyzwyczaiły mnie, że wystarczą na długi czas więc pod tym względem Grashka się nie wyróżnia.

Cena: ok. 11,90 za 1,2 ml.

Skład zawiera składnik z którym nie chciałabym mieć styczności.

INGREDIENTS: HYDROGENATED POLYISOBUTENE, POLYETHYLENE, HDI/TRIMETHYLOL HEXYLLACTONE CROSSPOLYMER, ETHYLHEXYL PALMITATE, MICA, BIS-DIGLYCERYL POLYACYLADIPATE-2, CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLYCERIDE, ALUMINIUM STARCH OCTENYLSUCCINATE, VP/HEXADECENE COPOLYMER, SILICA, STEARALKONIUM HECTORITE, ORYZANOL, TOCOPHERYL ACETATE, PROPYLENE CARBONATE, CI 77007, CI 77491, CI 77492, CI77891.

Szary cień do powiek


Jest to produkt, który najmniej spodobał mi się z całej trójki. Odcień w opakowaniu prezentował się bardzo ładnie, ale już na skórze stracił cały swój urok. Producent określił go mianem perłowy, ale moim zdaniem, jest pod tym względem bardzo delikatny. Bez bazy nakładał się nierównomiernie i osadzał w załamaniach skóry, ewidentnie je podkreślając. Nie nadaje się do cieniowania, znika kiedy połączymy go z innym cieniem, o dobrej konsystencji i pigmencie. Dany kosmetyk niezbyt dobrze nabiera się na pędzel, trzeba mocniej potrzeć żeby znalazł się na włosiu. Trwałość również mi się nie podoba, tylko baza sprawiała, że trzymał się na moich oczach jako tako i przez dłuższy czas. Aplikowany na mokro jest wyraźniejszy, ale maluje się nim jak akwarelkami, czyli trudno i blado. Plusem jest wydajność, produkt znika  bardzo wolno. O opakowaniu nie mogę się wypowiedzieć, ponieważ otrzymałam go w pojemniczku zastępczym. Trudno go dostać. Nie jest wart swojej ceny, choć nie jest ona wygórowana. Nie polecam.

Cena: ok. 12,90 za 2 gramy.

Skład jest przyzwoity, zawiera nawet składnik chroniący przed UVA/UVB.


INGREDIENTS: TALC, MICA, TRIETHYLHEXANOIN, DIMETHICONE, ZINC STEARATE, MAGNESIUM MYRISTATE, SILICA, POLYMETHYL METHACRYLATE, TRIMETHYLSILOXYSILICATE, CAPRYL GLYCOL, TIN OXIDE, DISODIUM EDTA, PHENOCYETHANOL, SORBIC ACID.
[+/-]: CI 15850, CI 19140, CI 42090, CI 75470, CI 77007, CI 77163, CI 77288, CI 77289, CI 77491, CI 77492, CI 77499, CI 77510, CI 77742, CI 77891.

Różane starcie Orientana & Pat&Rub




Jestem miłośniczką róży, w każdej postaci :) Uwielbiam różę w kosmetykach jak i w kuchni, szczególnie konfitury różane ♥ Dlatego też kiedy kupowałam produkty pielęgnacyjne do ust postawiłam właśnie na ten składnik. Zawierzyłam także opisowi producenta, nie zagłębiając się w skład. Jaki z tego morał? Mam nauczkę na przyszłość, sprawdzać i weryfikować, nie poddawać się magii etykiety co niestety od czasu do czasu mi się zdarza.


Wybrałam balsam do ust z firmy Orientana o wdzięcznej nazwie Róża japońska oraz Pat & Rub Pielęgnacyjny balsam do ust Różany. Co łączy te dwa produkty? Na pewno jedno, moją słabość do róży.

Róża róży nie równa, tak mawiała moja znajoma i wielka fanka róż, które gościły u Niej zawsze w ogrodzie. Do czego zmierzam, to kilka słów wyjaśnienia. Specem nie jestem, ale pewne rzeczy nie do końca mi pasują w składzie balsamu Orientany.

Balsam został nazwany jako Róża Japońska i to jej spodziewałabym się w składzie, za to zamiast niej widnieje Rosa Centifolia, która jest nazywana potocznie Różą Stulistną. Natomiast łacińska nazwa Róży Japońskiej to Rosa Rugosa, znana także jako róża pomarszczona lub właśnie jako róża japońska. Dodatkowo jak na produkt, który jest określany mianem 100% naturalnego różanego balsamu do ust, to wg INCI jest mocno na wyrost. Pełen opis możecie zobaczyć na stronie firmy, nie zamierzam go kopiować. Skład, który widnieje na opakowaniu przedstawia się tak:



Spodziewałam się czegoś innego po tak dumnie brzmiącej rekomendacji ze strony firmy.



Opakowanie to tandetny mini słoiczek, który kojarzy mi się jednoznacznie z pojemniczkami na próbki. Zawiera 8g produktu o dość przyjemniej konsystencji o lekkim różowym zabarwieniu.

Na ustach tego specjalnie nie widać więc prezentacja odbyła się na dłoni oraz chusteczce jednorazowego użytku ;))


Zatopione cząstki róży robią dobre wrażenie do czasu.... aż otworzymy słoiczek i nasze nozdrza odurza aromat róży. 



Jednak nie jest to róża jaka kojarzy się z konfiturami, czy świeżo zrywanymi owocami. Nie! Dla mnie to aromat Bułgarskich olejków różanych. To woń mojego dzieciństwa, która od razu kojarzy się z magicznym drewnianym opakowaniem, które skrywało boską fiolkę z niesamowitą zawartością. Wystarczyła delikatna smuga tejże esencji, by pozostawiła mocny i nasycony aromat. 




Ha! Okazało się, że nadal to jest sprzedawane i ciekawe, czy nadal ta sama forma, ale na zdjęciu prezentuje się bardzo podobnie a ja czuję się jakbym cofnęła się o 25 lat :D jak nie więcej...

O ile zapach nie stanowiłby przeszkody, to z przykrością stwierdzam, że ów balsam nie tylko jest nasycony zapachem, lecz także perfumeryjnym smakiem.... jeżeli chcecie wyobrazić sobie moje odczucia, nałóżcie na usta ulubione perfumy. Coś okropnego!

Jeżeli ktoś myśli, że na usta nakłada coś naturalnego to ja osobiście mam duże wątpliwości. Balsam jest bezpieczny, możesz go nawet zjeść.” naprawdę? Chyba wyłącznie na własną odpowiedzialność... bo ja osobiście się czuję jakbym miała do czynienia z flaszką perfum a nie produktem pielęgnacyjnym do ust.

Kilka razy wypróbowałam smarując nim usta jednak nic dobrego się nie wydarzyło, szybko zmyłam i z ulgą zastąpiłam czymś innym. Pomyślałam, że od czasu do czasu będę używać jako perfumy do ciała, ale porzuciłam tę myśl. Wcieram w skórki, by odrobinę przywołać wspomnienia z dzieciństwa, lecz finalnie balsam wyląduje w koszu. Nie dla mnie takie zmagania.

Ta wątpliwa przyjemność kosztowała mnie 15zł + przesyłka więc już sama cena powinna mnie zaintrygować, bo przecież produkty naturalne i do tego z różą w składzie nie należą do tanich. W podstawowych składnikach firma nie zamieściła słowa o róży i dlaczego skoro rekomendują jako 100% Naturalny różany balsam do ust?

Nie jest moim celem tutaj tropienie składników i rozliczanie typu „ile cukru w cukrze”, ale po prostu chciałam mieć fajne różane mazidło do ust. Połączyć przyjemne z pożytecznym. Nie tym razem.
Jeżeli ktoś posiada więcej informacji odnośnie róż i rozróżniania ich, to będę wdzięczna za info :)

Rozczarowanie balsamem z Orientany sprawiło, że wyciągnęłam Pielęgnacyjny balsam do ust z Pat & Rub wersję Różaną.


Na wstępie zaznaczę, że w składzie znajduje się olejek z róży damasceńskiej i swoją drogą bardzo cenię sobie właśnie ten rodzaj róży. Jest niesamowicie aromatyczna.

Skład INCI ze strony firmowej:

Ricinus Communis Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Beeswax, Hydrogenated Castor Oil, Copernica Cerifera (Carnauba) Wax, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Mangifera Indica (Mango) Seed Oil, Lithospermum Officinale Root Extract, Octyldodecyl Myristate, Tocopherol (mixed), Beta-Sitosterol, Squalene, Rosa Damascena Flower Oil, Linalool, Geraniol, Citronellol, Citral, Eugenol, Farnesol

A tutaj jeszcze raz, na kartoniku.



Opakowanie to także słoiczek ze sztucznego tworzywa, ale znacznie bardziej estetyczny niż ten z Orientany. Pojemność 10ml, konsystencja przyjemna, lecz dużo twardsza niż wyżej opisywany produkt. Nie stanowi to przeszkody podczas używania, aczkolwiek wiadomo, że taka forma najlepiej zdaje egzamin stacjonarnie ze względu na aplikację.

O ile do zapachu, smaku nie mam zastrzeżeń bo dostajemy naprawdę bardzo przyjemny kosmetyk to schody zaczynają się podczas regularnego używania. Bazą produktu jest olej rycynowy, głównie dlatego że jest on tani i wiele firm z chęcią po niego sięga, ale ma on także właściwości wysuszające. Zalecana zawartość w produktach do ust mieści się pomiędzy 40% a 60% i podejrzewam, że to właśnie od użytego stężenia zależy jak moje usta zareagują na dane mazidło. Poza tym balsam z P&R ma denerwującą mnie zdolność do bardzo szybkiego wnikania w skórę ust, jakby był spijany a za chwilę czuję potęgujące się uczucie wysuszenia i potrzebę kolejnej aplikacji. Jeżeli podążam za tym, to w efekcie końcowym nakładam go na usta średnio co 30 minut.... nie musze mówić, że jest to mało komfortowe, nie przynosi zamierzonego działania a skóra ust przy regularnym używaniu staje się mocno przesuszona.

Finalnie, zamiast chronić, odżywiać, nawilżać i wygładzać, walory pielęgnacyjne nie są odczuwalne i jedyne co zwraca uwagę, to zapach.
To co mi się spodobało, to fakt, że P&R zamieściło informację skąd kolor balsamu oraz jego zapach : Kolor balsam zawdzięcza roślinnym wyciągom z nawrotu lekarskiego. Aromat nadaje olejek z róży damasceńskiej.”

Z tej serii mam jeszcze błyszczyk i serum do ust, ale o nich przy innej okazji.
Aromatyczny balsam kosztuje 39zł w cenie podstawowej, ale pamiętajmy o zniżkach i rabatach. Bardzo możliwe, że osoby które nie mają wymagającej skóry ust będą o wiele bardziej zadowolone niż ja.

Z drugiej strony, w starciu z Orientaną produkt Pat & Rub wygrywa w moim odczuciu i jeżeli miałabym komukolwiek polecić, czy sprawić prezent, to swoją uwagę skupię na ofercie P&R.

W moim osobistym rankingu żaden z powyższych produktów nie przekonał mnie do ponownego zakupu, a odnośnie Orientany odnoszę wrażenie, że zaliczam „czarną serię” poodbnie jak z Sylveco.

I co Wy na to? :)

Pozdrawiam :)




Bourjois Color Edition 24H 04 Kaki Cheri & 05 Prune Nocturne


Dzisiaj będzie krótko i zwięźle ;) Mowa o nowości z Bourjois, kremowo pudrowych cieniach Color Edition 24H. Kupiłam dwa kolory 04 Kaki Cheri & 05 Prune Nocturne - pierwsze testy, pierwsze wrażenia za mną.



To nie jest żadna recenzja a jedynie prezentacja, pragnę Wam pokazać jak wyglądają kolory które wybrałam dla siebie oraz szybki makijaż oka przy ich użyciu.


CE24H są zupełnie inne niż słynne Color Tattoo z Maybeline, na moje szczęście! :) Nie polubiłam CT głównie dlatego, że z bazą czy bez spływały w szybkim tempie z oka i były dość problematyczne. W przypadku Bourjois tekstura samego cienia jest zupełnie inna w moim odczuciu, wykończenie także plus dużo przyjemniejsza aplikacja.


To co widać na poniższych zdjęciach, to makijaż wykonywany na szybko, na dodatek bez bazy. Byłam ciekawa jak cienie spiszą się w takiej postaci i.... Muszę przyznać, że trwają na oku cały dzień. Co prawda pojawiają się delikatne prześwity, lecz sam cień nie roluje się i nie zbiera w załamaniu jak to miało przypadek z CTM.

Liczę, że pokażą pełną moc na dobrej bazie i „zagruntowanej” skórze powieki.
Kolory szalenie mi się podobają, są wielowymiarowe. W zależności od światła pokazują za każdym razem inne obliczę. Proszę zobaczyć na zdjęcia poniżej :) Nasycenie łatwo można stopniować, nie odnotowałam póki co większych problemów.

Dla dociekliwych, takich jak ja :D podaję składy INCI. Etykieta z nazwą i składem jednocześnie chroni opakowanie bez łapami macantów.

04 Kaki Cheri



05 Prune Nocturne




Żałuję, że paleta kolorów jest dość uboga bo z chęcią kupiłabym jeszcze jakiś kolor, ale nie ma tego złego, ponieważ teraz wiem, że na pewno chcę mieć w swoim posiadaniu kilka kolorów z Eyes To Kill Intense Armaniego. Oczywiście to zupełnie inna kategoria, ale narobiłam sobie apetytu :))

Walczę z ustawieniami aparatu, bo jakoś do końca nie mogę się odnaleźć z makijażami przy żarówach 6500K więc jeżeli macie jakieś rady, to z miłą chęcią poczytam :)


Prune Nocturne miałam odpuścić, ale wygrała ciekawość ze względu na ciekawy efekt. Z drugiej strony Kaki Cheri, to odcień jakiego szukałam od dawna.

Cienie można kupić w Boots w cenie £6,99, dostępnych jest 6 kolorów.

Myślę, że osoby które lubią CTM będą zadowolone z cieni Bourjois.


Pozdrawiam :)


C jak Caudalie, czyli absolutni ulubieńcy :D





Caudalie to jedna z moich ulubionych firm, która gości na mojej półce od wielu lat. Początkowe zasoby były bardzo skromne ze względu na utrudniony dostęp, poza tym w Polsce nie było oficjalnego dystrybutora. Z czasem to uległo zmianie, obecnie widać ofertę tej marki w wielu polskich aptekach a dla mnie samej miłym odkryciem był fakt, że w UK mogę zrobić zakupy bez problemu.

Ten post będzie dobrym wstępem do dalszych recenzji produktów Caudalie, ponieważ z wieloma spotkałam się ponownie a niektóre odkrywam. 

Jak każda firma są tutaj lepsze i gorsze serie/produkty. Nie znam marki, która zachwycałaby w 100% od początku do końca. Dzisiaj zacznę od tej dobre strony :)

Pod etykietą Caudalie znajdziecie wcześniejsze recenzje odnośnie oferty tej firmy.

Zanim jeszcze przejdę do prezentacji muszę wspomnieć o moim podejściu do demakijażu twarzy. Z racji charakterystyki mojej cery wypracowałam sobie kilka kroków. Taki system jest dla mnie optymalny, czyli dwufaza do demakijażu oczu, mleczko do demakijażu/odświeżenia twarzy a potem np. micel/olejek/żel ( w zależności od potrzeby chwili, bo nie wszystko na raz :P) to jeden z ostatnich kroków w demakijażu. To jest mój rytuał, mój czas dla siebie samej i bardzo go lubię. Poszczególne czynności mnie odprężają.
Przedstawiam Wam moich ulubieńców, produkty z ofert Caudalie, które wpisały się na stałe i myślę, że dużo czasu minie zanim wymienię je na coś innego :) 

Mowa o:


-Mousse Nettoyante Fleur de Vigne Instant Foaming Cleanser, czyli piance oczyszczającej. Delikatna formuła puszystej pianka zapewnia delikatne oczyszczenie bez efektu ściągnięcia skóry, łagodzi podrażnienia.

Aktualnie mam w użyciu 4 opakowanie pianki więc uważam, że śmiało mogę napisać o niej kilka słów oraz nazwać ulubionym produktem :)

Opakowanie 150ml starcza mi średnio na 2 miesiące, przy czym wykorzystuję ją głównie rano. Świetnie oczyszcza i odświeża skórę a jednocześnie przygotowuje do dalszych zabiegów. Nie ściąga skóry jak wiele innych preparatów tego typu, lecz dobrze jest zastosować potem tonik. Ja tak robię, to mój rytuał :) aczkolwiek można spotkać się z przesłaniem, że pianka także tonizuje skórę.

Czasami sięgam po nią wieczorem i nieźle sobie radzi z resztkami makijażu, staram się unikać kontaktu z oczami, ponieważ zafundowała mi kilka podrażnień. Zresztą to nie jest produkt, którego możemy używać w tym celu, dlatego lepiej ostrożnie.

Lubię ją za delikatną formułę, dobre działanie szczególnie kiedy moja skóra jest podrażniona lub w kiepskiej kondycji a potrzebuję czegoś łagodnego. Do tego posiada przyjemny zapach i forma pianki jest wpisuje się w moje potrzeby.


- Gentle Cleansing Milk, czyli mleczko do demakijażu. Łagodnie usuwa makijaż, oczyszcza i pozostawia skórę gładką.

Mleczko to moje absolutne odkrycie :) Posiadam duże opakowanie 400ml i w przeciągu ponad 1,5 miesiąca zużyłam dopiero połowę. Uważam, że to niezły wynik, bo z reguły takie produkty idą u mnie jak woda.

Opakowanie posiada wygodny i praktyczny dozownik w formie pompki. 

Konsystencja jest typowa dla tego typu kosmetyków, ani zbyt gęsta, ani zbyt lejąca. Idealnie rozprowadza się na skórze, dobrze rozpuszcza kosmetyki kolorowe i staje się doskonałym wstępem w demakijażu.

Na uwagę zasługuje z głównego powodu, mleczko absolutnie nie jest tłuste! 

Ma delikatną formułę, która pozostawia na skórze efekt ukojenia i nie musimy od razu przechodzić do następnej fazy w demakijażu. Dla mnie to niezmiernie ważne! Nie zawsze mam ochotę na dokończenie mojego rytuału od a do z. Czasami zmywam makijaż i... idę zająć się innymi rzeczami. Jest niewiele produktów, a szczególnie mleczek, które dają mi taki komfort.

Mleczka absolutnie nie używam do demakijażu oczu, w tej kwestii stawiam wyłącznie na niezawodne i sprawdzone preparaty dwufazowe.


-Grape Water, czyli wodzie winogronowej skierowanej do skóry wrażliwej, ma działanie łagodzące, nawilżające i odświeżające.

Grape Water poznałam na początku tego roku, która z impetem wtargnęła na moją półkę :D Doszło do tego, że zdetronizowała wody termalne, po które lubiłam sięgać. Natomiast odkąd posiadam Wodę winogronową przestałam kupować wody termalne. Nie widzę po prostu sensu dublowania kosmetyków, a mgiełka Caudalie ma do zaoferowania znacznie więcej dla mojej cery.

W sprzedaży jest dostępna w dwóch pojemnościach: 75 ml i 200 ml

Mgiełka jest bardzo delikatna, świetnie nawilża, łagodzi, tonizuj, odświeża. Idealna dla skóry bardzo wrażliwej. To absolutny must have w moich zasobach :) Latem lubiłam trzymać ją w lodówce, chłodna mgiełka była mile widziana podczas gorących dni.

Jakiś czas temu do Grape Water dotarł inny faworyt i uważam, że stanowi świetny team, ale o nim przy innej okazji :)

Przy okazji mała prywata, bo wiem, że M. dała się namówić na Grape Water z dobrym efektem a dzisiaj widzę, że można zgarnąć u Niej ten produkt w rozdaniu. Spróbujecie swojego szczęścia? :) jeżeli tak, to gorąco zapraszam do udziału Magda na wakacjach – Rozdanie z Caudalie Grape Water

Znacie ofertę Caudalie? Coś szczególnie Was zainteresowało?

Pozdrawiam :)




Moje życzenia małe i duże... Czyli must have – cz. III inaczej mówiąc Co muszę mieć! :D


Co parę miesięcy temat nowych chciejstw powraca, nic nie poradzę :) Za to planowanie listy potencjalnych zakupów coraz bardziej mnie wciąga i daje świetne efekty. Poprzednie życzenia możecie zobaczyć w tych postach, są oznaczone etykietą Moje życzenia - lista must have
Planowanie w takim stylu to nie tylko gromadzenie potencjalnych zachcianek lub ich spełnianie, ale także czas na to, by upewnić się, że faktycznie chcę TO MIEĆ :D

U mnie taka metoda się sprawdza i dzięki temu coraz częściej cieszę się zakupami eliminując wpadki/potencjalne buble. Nie myślcie, że spontaniczne zakupy zostały wykluczone. Nie! Przebiegają za to inaczej. Krążę wokół marek widniejących na liście, od czasu do czasu pojawia się coś nowego. Na pewno nie jest nudno, czy przewidywalnie. Ograniczyłam dzięki temu zbędne wydatki. Bo nie da się ukryć, spontaniczne łowy w małej mierze były udane.

Plan na najbliższe miesiące przedstawia się tak :D

Kazar, listonoszka

Brakuje mi tego typu torebki, a w zeszłym roku oglądałam kilka modeli i to właśnie one przykuły moją uwagę. Zastanawiam się nad modelem 13551-13498-TE-00 lub 13551-13497-06-11. Jeszcze do końca nie wiem ;)

Inglot 418 Pearl, zobaczyłam ten kolor u Karminowych ust i wiem, że musi trafić w moje ręce  już mam :D

Maska algowa z dynią z Organique, to wynik kuszenia przez Rogaczki :))

Collistar Talasso Scrub, dokładnie to ta wersja o której pisała u siebie Czarna Ines Co prawda udało mi się jakiś czas temu kupić ten peeling, ale w innej wersji KLIK! I to właśnie spotkanie utwierdziło mnie w przekonaniu, że chcę pełnego obrazu zanim napiszę, że znalazłam scrub idealny :D

Pharmaceris T Sebo-Almond-Claris Oczyszczający płyn bakteriostatyczny do twarzy, dekoltu i pleców 2% kwasu migdałowego
Bardzo zaciekawiła mnie ta nowość, a moje powtórne spotkanie z kremem na noc II stopień złuszczania 10% upewniło mnie, że liczę na dobre efekty.

Filorga Time Filler Mat

Nigdy nie sądziłam, że spotkam krem, który wywoła we mnie taką euforię. Nawilża, reguluje wydzielanie sebum, dobrze matuje ale nie podrażnia obszarów naczynkowych oraz stanowi idealną bazę pod makijaż. Czego chcieć więcej? :)
Oferta Filorgi bardzo trafiła w moje potrzeby także ta firma będzie częstym gościem na mojej półce.

The Sigma Spa™ Brush Cleaning Glove nadal siedzi w mojej głowie I pomimo posiadania zamiennika już poczyniłam pierwsze kroki w stronę spełnienia życzenia więc w sumie nie wiem, czy powinna tutaj widnieć ;)))


To już konkretne życzenie i zależy mi na dobrek klasy obiektywach, dlatego jest to dla mnie priorytet. Myślę, że za kilka miesięcy zapadnie kluczowa decyzja. Zakupy tego typu nigdy u mnie nie działy się „na wczoraj” :D
Przez chwilę byłam zainteresowana Lumixem G5 więc same widzicie, że temat musi być zgłębiony na maxa!

White Musk Smoky Rose z TBS, wersja EDP :)

Jestem wielką miłośniczką serii podstawowej a Smoky Rose idealnie wpasowuje się w moje potrzeby :)

YSL Manifesto EDP

Ten zapach „chodzi za mną” już od paru miesięcy także nie widzę innego wyjścia i muszę go mieć :)))

Jo Malone Red Roses
Jako wielka wielbicielka różanych aromatów wybór był oczywisty, lecz planuję zapoznać się z całą ofertą firmy :)

MUFE Aqua Brow, posiadane kolory są dla mnie za jasne i za ciepłe. Oczywiście używam ich w takim wydaniu, mieszam i kombinuję ;) ale wiem, że pora na właściwy odcień Aqua Brow. Nie wyobrażam sobie bez niej mojego makijażu, nie mówiąc już o brwiach.

Phenome, korzystając z pobytu w Polsce wpadnie do koszyka kilka pozycji. Na pewno będzie to scrub i jeszcze coś, ale nie powiem Wam co, bo o tym produkcie niebawem napiszę kilka słów.

Helena Rubinstein All Mascaras!

Jeżeli ktoś nie lubi dwufazówek, lub wielbi je ponad miarę tak jak ja, to warto spróbować tego cudu :))) Dla mnie póki co nie ma nic lepszego. Ponoć dwufaza Chanel taka jest, lecz sama nie próbowałam. Jeszcze ;)

Książki

Mam jeszcze kilka pozycji na oku i muszę sprawdzić je na miejscu. Lubię przeglądać książki w księgarni, przeczytać kilka zdań i wtedy podjąć decyzję. Za bardzo szaleć nie zamierzam, bo większa część już na mnie czeka u Mamy :)

DVD Układ Zamknięty

Koniecznie, to must have!

Aleppo z glinką Beloun

Nie wyobrażam sobie, by tego mydła mogło u mnie zabraknąć! :)

Uriage płyn micelarny

Z ulgą rozprawię się z zapasem micela Sebium, którego mam już serdecznie dość. Doceniam jego działanie, ale nie wiem o czym myślałam przy robieniu zapasów w stylu „na wypadek wojny”....

Ubrania

Rozglądam się za ciekawymi tunikami, najlepiej w żywych  kolorach :)
Szukam fajnej bluzki z dzianiny, może jeszcze coś jeszcze wpadnie w oko.

?
To miejsce zostawiam na zachciankę/i, bo nigdy nic nie wiadomo :))

I to tyle :)

Posiadacie może coś z mojej listy i podzielicie się swoimi uwagi? :) a może macie ochotę na zupełnie coś innego? Zainspirujcie mnie :)

Pozdrawiam :)







Nfu Oh 053 Blue Lagoon & 047 Tai Punch



Co jakiś czas, aż do 15 listopada będę odkrywała co nieco z pakietu Nowy Dom, który czeka na rozbiórkę ;)))


Wszystkie szczegóły tutaj -



Przyznam się, że o lakierach Nfu Oh nie wiedziałam za wiele poza tym, że oferta jest niesamowita ♥ PO zakupie doszukałam się info, że to koreańska firma. Wpadły do mojego koszyka w kwietniu KLIK!

Szałowe buteleczki i uchwyty stylizowane na gorsety przyciągają uwagę, a zawartość jest niesamowita. Kolorowa baza z shimmerem, w której zatopione zostały kolorowe flejki. Prawdziwe cacka :)
Pojemność lakierów to 17 ml.


W moim odczuciu to bardzo udana seria, jednak moim faworytem są flejki z Inglota seria Dream Collection oraz Zoya, którą posiadam od jakiegoś czasu. Jednak lakiery Nfu Oh mają tę przewagę, że możemy wykorzystać je solo. Dzięki kolorowej bazie jesteśmy w stanie zbudować wykończenie jakie odpowiada Naszym preferencjom. Sama zrezygnowałam z tego, kolory są dla mnie za ciepłe i dlatego też postanowiłam je wydać, ponieważ jako top wykorzystuję już posiadane lakiery z w/w firm.

Nfu Oh 053 Blue Lagoon



Nfu Oh 047 Tai Punch



Lakiery zostały użyte tylko kilka razy, ubytek jest praktycznie niezauważalny.

Nie pokażę Wam ich w pełnej krasie, ponieważ nie mogłam się zmobilizować do zdjęć... Za to pokażę z bliska na tyle, na ile to możliwe teraz :)


Liczę, że każda rasowa lakieromaniaczka :))) zrobi z nich dobry użytek i będę mogła podziwiać na komputerowym okienku późniejsze efekty. 

Z mojej strony jedynie mały przedsmak MOCY lakierów Nfu Oh. Dwie warstwy nałożone na OPI Alcatraz...Rocks plus Seche Vite.



Macie ochotę? Jeżeli tak, to zapraszam do udziału w zabawie Nowy Dom.

Polecam, bo to okazja w moim odczuciu, a koszt jednego lakieru to £15 ;)




 Pozdrawiam :)


Hexxana