W akcji: The Ordinary Colours Serum Foundation 1.2 N Light Neutral part I :D


Tak jak obiecałam, rozpoczynam kontynuację wątku dotyczącego "kolorsów" z The Ordinary, które były chyba jedną z najbardziej wyczekiwanych premier tego roku w światku urodowym, a szczególnie wśród osób, które interesują się działaniami koncernu Deciem (swoją drogą ciekawe jak to teraz będzie, ponieważ  Estee Lauder stał się inwestorem Deciem - do poczytania KLIK!. Co mnie nie dziwi, ale to już rozważania na inną okazję.)

Aby uniknąć powtórzeń wszystkich zainteresowanych/ciekawskich etc. odsyłam do mojego poprzedniego wpisu /KLIK!/ Znajdziecie tam prawie wszystkie wymagane informacje, dzisiaj będzie strona praktyczna plus krótkie omówienie/podsumowanie --- czy było warto? ;)

Pierwsze wrażenia były mieszane, zakup nie wygenerował zadowolenia jakiego oczekiwałam. Ryzyko poniosłam niewielkie, te podkłady nie są drogie, nie rujnują kieszeni i w sumie można zaryzykować. Bo dlaczego nie ;) Z drugiej strony mamy pewne plusy, takie jak: poziom nasycenia pigmentu, który zapewnia świetne krycie przy niezwykle cienkiej warstwie; serum jest delikatne i prezentuje się jak druga skóra, trwałe - testowałam makijaż z nim w roli głównej podczas upałów i byłam pod wrażeniem (nadal jestem :D), nic złego się nie wydarzyło (nie podrażnił, nie zapchał itd.).

Zacina się pompka (dlatego nie jestem taka pewna czy warto zabierać je w podróż), nie jest to regularne ale od czasu do czasu tak się dzieje i narobiłam sobie bałaganu jednocześnie przekonując się jak bardzo serum jest napigmentowane (szorowałam skórzaną kanapę, ciuchy poszły do prania po wstępnym kontakcie z odplamiaczem i długo pucowałam drewniany stolik.... także lepiej uważać). Z pudrowym wykończeniem na które narzekałam poradziłam sobie w inny sposób, zadbałam też o porządne nawilżenie i rozprawienie się z suchymi skórkami (tak, to bywa możliwe :D ale wymaga cierpliwości, uwagi i sumiennego podejścia). Jak już ustaliłam, wszystko zaczyna się od przygotowania skóry. Nie ma w tym nic odkrywczego i każdy przyzna mi rację. Zależy ono wyłącznie od nas, dobrej woli i rozeznania. W moim przypadku wiedziałam gdzie leży problem, zaczęłam też eksperymentować. I w taki oto sposób przekonałam się, że serum świetnie współpracuje z innymi podkładami. Można je dowolnie wymieszać (zmienia też rodzaj wykończenia) w celu rozjaśnienia lub przyciemnienia podkładu (w zależności od koloru jaki posiadamy i jaki chcemy uzyskać) - rewelacyjnie współpracuje z YSL Touche Eclat (mam za ciemny kolor omyłkowo kupiony jakiś czas temu i rozjaśniałam go czymś innym, lecz serum The Ordinary nadaje jeszcze więcej lekkości temu podkładowi). Mieszałam także z Revlonem ColorStay i Rimmelem Wake Me Up - naprawdę warto pokombinować. I teraz przechodzę do najważniejszej części, czyli przygotowania skóry. Pierwsze testy odbywały się na kremie Pestle & Mortar Hydrate Lightweight Moisturiser. Niestety ten krem ani wcześniej, ani póżniej nie okazał się dobrym wyborem pod makijaż z serum The Ordinary w moim przypadku. Zaczęłam testy z bazami Make Up Studio Neutralizer (obiecująco), Koh Gen Do Color Base Lavender Pink (świetny efekt), Smashbox Photo Finish Primer Water (nieźle) oraz kremami z filtrem (tutaj najlepsze efekty osiągam z Avene SunsiMed /prezentacja/).

Aplikacja, jak zwykle niezastąpiony okazał się Beauty Blender *_* dzięki niemu zanika też pudrowość, ale serum nakładane pędzlem miało tendencję do rozmazywania się. Palce także nie okazały się pomocne, produkt pozostawiał smugi i efekt końcowy był taki sobie.

Odstawiłam tonik samoopalający z Eco Tan /recenzja/ i stwierdzam, że kolor jest OK, co prawda jest to ładny beż z żółtymi tonami a nie neutralnymi, jak to wynika z nazwy, lecz w ogólnym rozrachunku nie widzę sensu poznawania nowych odcieni. Chyba, że coś się zmieni ;)

Filtr Avene stanowi dla mnie doskonałe połączenie pielęgnacji z ochroną UVA/UVB i stał się jednocześnie świetną bazą pod makijaż. U mnie pozostawia on lekkie, pozbawione lepkości wykończenie (poświęcę mu osobny wpis). Dzisiaj skupię się na tym jak "odczarował" dla mnie to kolorowe serum :))

Przed aplikacją, skóra wygląda nieźle i sam filtr ładnie leży. Nie zbiera się u nasady włosów, brwi. Nie straszę odblaskową poświatą LOL Od razu też dodam, że zdjęcia są "surowe" tzn. bez żadnych dodatkowych lamp jedynie dzienne światło, na zwykłym obiektywie bez użycia żadnych dodatkowych bajerów. Poza tym tylko przycięte i zmniejszone. Dodam, że pomimo kremu z filtrem serum nieźle sobie radzi z sebum, które zaczyna być widoczne po jakiś 8 godzinach (co niezmiennie mnie zaskakuje) - ale śmiem twierdzić, że to w dużej mierze zasługa pielęgnacji. Nadal mam cerę mieszaną, choć strefa T nie jest aż tak bardzo aktywna.


Dobrze widać kolor, neutralny beż to na pewno nie jest ;)


Połowa twarzy z serum, druga saute.


Całość, którą w sumie mogłabym zostawić tak i nie utrwalać pudrem, jeżeli nie ma takiej potrzeby.


Dołożony puder i reszta załogi :D



The Ordinary Colours Serum Foundation został przeze mnie oswojony i daję mu zielone światło :) Postaram się także niebawem przygotować wpis odnośnie Coverage Foundation.


Pozdrawiam serdecznie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za wszystkie Wasze komentarze, każdy z nich sprawia że TO miejsce ożywa dzięki WAM!
Jeżeli jeśli chcesz zaprosić mnie na swoją stronę, nie wklejaj linków w komentarzach. W wolnej chwili zajrzę z chęcią do Ciebie :)
Zastrzegam sobie prawo do usunięcia reklamowych postów, które zostaną zamieszczone bez mojej zgody.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...