Podróżująca kosmetyczka: D




Witajcie,

W wolnej chwili postanowiłam podzielić się zawartością mojej kosmetyczki, którą przygotowałam z myślą pobytu w Polsce i podczas kompletowania stwierdziłam, że taki zestaw sprawdzi mi się w każdych warunkach. Trudno powiedzieć abym dążyła do minimalizmu, lecz na pewno skupiłam uwagę na priorytetach w pielęgnacji i makijażu. Pewne rzeczy stwierdziłam, że odpuszczam, bo można kupić je na miejscu bez potrzeby upychania w walizce.

To, co zabrałam ze sobą to podstawowy pakiet. Pielęgnacja prezentuje się mniej więcej tak:

Przy czym wybrałam miniatury, saszetki. Po tygodniu pobytu widzę, że to było idealne rozwiązanie, którego będę trzymać się na przyszłe okazje. Celowo nie brałam żelu, szamponu itd., bo to są kosmetyki, które można kupić wszędzie. Mini produkty dają mi swobodę i jak na razie nawet przy pielęgnacji ciała są świetną opcją. Jedyne, na co będę polować to na wersję podróżną mleczka do ciała Biotherm, o którym pisałam TUTAJ To jest fenomenalny produkt i zagości u mnie nie jeden raz.

Jedyną fanaberią okazała się mgiełka do włosów Miracle Mist V05, jest to dla mnie kompletnie nieznana firma, ale ocena składu sprawiła, że szybko trafiła do koszyka i był to strzał w 10-tkę! Będzie o niej pełna recenzja. Uważam, że warto pisać o takich perełkach tym bardziej, że produkt jest niepozorny i ginie w gąszczu pozostałej oferty firmy, a szkoda.

Kolorówka. Tutaj wybór był prosty. Z jednej strony, dlatego, że kilka rzeczy już na mnie czekało w Polsce i mogłam odpuścić podkład, cienie itd. Z drugiej strony wiem, że na przyszłość jeszcze bardziej okroję zestaw. Tak naprawdę nie wykonuję pełnego makijażu, na co dzień, a podstawowe kolory idealnie sprawdzają się w zależności od okazji. A podstawą jest brak czasu: P Obojętnie, jaka nie byłaby to forma urlopu to nie wymusi ona na mnie wymyślnych makijaży.

Przegląd tego typu jest dla mnie bezcenny, bo w normalnych warunkach, na co dzień sięgam po niektóre produkty bez zastanowienia, jednak, kiedy wyjeżdżam gdziekolwiek (bez znaczenia na ile) to bez sensu okazuje się pakowanie całego majdanu.

W tym momencie przekonałam się, że większość produktów mogło spokojnie zostać w domu, ale wybrałam kosmetyki wodoodporne lub taki, które gwarantują świetną trwałość bez względu na warunki.

Na dodatek Max Factor Clump Defy, który ma być wodoodporny, bo tak jest określany przez producenta został sprawdzony podczas deszczu i…. zonk. Może nie rozpuszcza się i nie zostawia efektu pandy, lecz korekta jest potrzebna. A już liczyłam, że to będzie tusz idealny. Szkoda… Nie zrezygnuję z niego, ale zostanę przy wersji zwykłej, która zachowuje się tak samo jak wodoodporna. Ba! W zasadzie teraz nie widzę pomiędzy nimi różnicy.

Cienie. Postanowiłam rozbroić ulubioną paletę ostatnich miesięcy Nude Lingerie L’oreala prezentowaną TUTAJ
Z racji regularnego używania została prawie wykończona i zostawię ją w Polsce na wszelki wypadek. Miałam nawet w planach ponowny zakup, lecz oszołomiły mnie cienie z Makeup Geek, które kupiłam niedawno i postanowiłam, że postawię teraz właśnie na nie. Będą idealnym uzupełnieniem dla Inglota. W ten sposób też zrezygnowałam z cieni Mac’a.


Baza pod cienie Grashka stała się świadomym i spontanicznym wyborem, o którym wkrótce napiszę więcej.

Moim małym cudem jest Bronzing Primer Bourjois, o którym niebawem przygotuję notkę i stanie się jednym z nielicznych kolorowych kosmetyków, do którego na pewno wrócę jeszcze raz!

Korres Multivitamin Compact Powder (For Oily to Combination Skin) kupiłam w marcu i stał się moim objawieniem nie tylko w wersji do torebki, ale do stosowania, na co dzień. Jeżeli macie cerę tłustą lub mieszaną i szukacie dobrego, wydajnego pudru prasowanego polecam zainteresować się ofertą firmy Korres. Praktyczna i masywna kasetka z lusterkiem.

Nie mogło zabraknąć korektora Collection 2000 KLIK!
Pomimo, że sięgam po inne tego typu produkty i mam swoich faworytów lub odkrywam nowe rejony, to wiem, że na nim mogę polegać absolutnie. Od kilku miesięcy jest to kolor 03 Medium i wkrótce przybliżę Wam jego realny wygląd, ponieważ na pierwszy rzut kolor może odstraszać, ale nie ma nic bardziej mylnego!

Usta. W zeszłym roku weszłam w posiadanie barwionego balsamu do ust Lip Fusion w kolorze, Buff. Oszołomił mnie ten produkt w każdym calu. Na tyle, że udało mi się upolować jeszcze jedną sztukę. Niestety widzę, że kolejny raz już chyba nie będzie mi to dane:/

Oczy. Tutaj mamy zbiór cieni Inglota i jeden z Grashki. Do tego cienie w sztyfcie z Kiko, które za jakiś czas pokażę z bliska. Eyelinery – MAD Minerals i E. Arden, wiem, że mogę zawsze na nich polegać. Dwa płynne i jeden żelowy.

Twarz. Postawiłam na ulubiony krem brązująco-tonujący z Caudalie. Dzięki niemu koloryt cery staje się równomierny a twarz prezentuje się promiennie i znika blady odcień. Nie ma właściwości kryjących, ale nie oczekuję tego i nawet drobne niedoskonałości, czy niespodzianki nie przyciągają tak bardzo uwagi.

Pędzle mogę okroić jeszcze o połowę: D Wybór Real Techniques, Mac 275 i nie dawno odkryty pędzelek do linera z Catrice dają niesamowitą swobodę.

Jedyną rzeczą, którą odpuściłam podczas pakowania to były perfumy :D Tak! Ale tylko dlatego, że Duty Free wzywało i upolowałam to, co chciałam a nawet więcej. Jednak o tym przy innej okazji.
Odpuściłam zakup The One, bo nagle moja skóra sprawiła mi psikusa i dobrze, że miałam próbki plus kilka wizyt w perfumerii ukazało odmienne oblicze.

Tak prezentuje się całość. Po przeanalizowaniu zawartości wiem, że kolejny raz będzie dużo bardziej oszczędny.
A jak to jest w Waszym przypadku? Bo przecież sezon wakacyjno-urlopowym tuż tuż:D

Pozdrawiam!

Spełnię Twoje kosmetyczne marzenie :))))




Mała niespodzianka, która czeka na FB – KLIK!

Gorąco zapraszam!

Ogłoszenia drobne :D


Witajcie!

Dzisiaj tylko parę słów z mojej strony, ponieważ czas nie pozwala mi na beztroskie logowanie i pokazywanie się w sieci. Przyznam się, że zbytnio mi to nie przeszkadza. Dobrze jest zapomnieć o komputerze i innych gadżetach z nim związanych. Ten czas jest dla mnie i moich bliskich, choć z drugiej strony pojawia się sposobność, by z kubkiem dobrej kawy usiąść na luzie i zobaczyć, co u Was słychać!

Chciałabym przekazać, że wszystkie przesyłki związane z Nowym Domem, Urodzinowym HexxBoxem, Apocalips i mini rozdaniem na FB są już w drodze!:D Wypatrujcie listonoszy Moje Drogie i czekam na zwrotne info z Waszej strony.

  
Zapraszam, na FB do trwającej zabawy, w której można zgarnąć atrakcyjny zestaw:


Korektor Collection 2000 01 Fair
Kiko Sugar Mat #642
oraz miniatury Benefit
baza That gal & maskara They're real!




Zabawa Lato z Original Source i 1001pasji!




Z ciekawości sprawdziłam zapachy, które dostałam dla siebie i przyznam, że jestem pod wrażeniem. To lubię!:D


Pozdrawiam serdecznie!

Osobliwi ulubieńcy cz. I – Inglot


Osobliwi ulubieńcy to seria postów, która zrodziła się z potrzeby praktycznej. Dlaczego? Nie lubię jak kosmetyki się marnują, nie dla mnie podziwianie i oglądanie. Ja lubię używać, kocham makijaż i samo posiadanie nie przemawia do mnie. Tak już mam. Niestety w szaleństwie zakupów, chwilowych słabości czasami zdarza mi się iść w rejony firm, za którymi nie przepadam. I w taki oto sposób docieramy do Inglota. Z tej firmy zaledwie garstka produktów mi pasuje, lecz kupiłam pakiet cieni, do tego palety magnetyczne. W tym wszystkim potrzebowałam linera, najlepiej żelowego. Niestety nic innego nie było w moim zasięgu „na już, na teraz” i padło na Konturówkę w żelu opisaną przy okazji TEJ notki.

Zapragnęłam cieni, pomimo, że nie miałam o nich najlepszego zdania. Wybór padł na takie zestawienie. Postawiłam na pakiet kolorów, które wykorzystam na dzień/wieczór w różnych połączeniach. Do tego skompletowałam paletę z odcieniami do brwi. Jeżeli macie życzenie to poświęcę im osobną notkę z opisem i pełną prezentacją.



Mój zapał szybko opadł, ale w moje ręce trafiła baza Pixie Epoxy a potem Grashka. Te dwa małe cuda uratowały zakupy i sprawiły, że makijaż z cieniami Inglota staje się bardzo udany. Nie wykluczam, że pewnie jeszcze jakiś kolor dojdzie, ale wolałabym gdyby cienie miały formułę serii Noble, z której mam dwa kolory i są rewelacyjne. Czasami można zostać przyjemnie zaskoczoną.

Konturówki w żelu to produkt Inglota, z którym mam trudną relację. Z jednej strony doceniam, jakość/trwałość, lecz denerwuje mnie szybkie zasychanie i pomimo nasycenia koloru kreska wymaga poprawki. Zdarzają się prześwity. O ile na cieniach tego nie widać, to, gdy używam jej solo już tak. Jednak mam jedną ogromną słabość, kolory.... Kocham kolorowe kreski a kiedy liner ma świetną trwałość czyt. wytrzymuje ekstremalne warunki: D to musi być mój. Cenię sobie swobodę nie tylko w codziennym makijażu. Nie lubię być niewolnicą lusterka i poprawek w ciągu dnia. W taki sposób przez kilka tygodni krążyłam wokół tego produktu w Inglocie, po czym tuż przed wyjazdem stwierdziłam, że jeżeli nie kupię to będę żałować.
W taki oto sposób trafiła do mnie taka oto gromadka kolorów.


Czerwień # 79 zachwyciła od pierwszego spojrzenia: D Wiedziałam, że jest stworzona dla mnie! Jednak przestrzegam, akurat tej sztuki nie sprawdziłam w trakcie zakupów. Opakowanie okazało się mieć zerwaną folię zabezpieczającą i liner był podeschnięty: / Reaktywowałam go za pomocą, Duraline, ale mam nauczkę. Wszystko otwieram i sprawdzam na miejscu.

Brąz # 89 to bardzo ciekawy kolor, zimny brąz z domieszką fioletu. Trochę taki w stylu taupe, ale pozbawiony domieszki szarości. Przepadłam dla tego odcienia ♥


Niebieski # 82, która ma szalenie elektryzujący odcień. W zależności od światła mam wrażenie, że widzę w nim domieszkę fioletu.


Fiolet # 74 przywołuje skojarzenie z oberżyną, rozgniecionymi jeżynami. Szalenie mi się spodobał jak tylko wypróbowałam go na dłoni, ponieważ w opakowaniu nie zdradzał takiego potencjału.



Planuję przyjrzeć się jeszcze raz dostępnym kolorom i postawić na szaloną kreskę na oku:)
Większość z Was miała okazję oglądać na FB kilka moich makijaży. Była to pewna zapowiedź i moim zdaniem one najlepiej pokazują jak poszczególne kolory zachowuję się na oku.
Cienie to w głównej mierze Inglot, jedynie przy czerwonej i fioletowej kresce bazą był cień z Grashki 01 Tea Rose.

W każdym makijażu została wykorzystana baza pod cienie Grashka. Duża grupa osób miała okazję testować ją w ramach HexxBOX’a i trafiła także w moje ręce. Przyznam się, że opinie są zróżnicowane i byłam ciekawa jak się spisze. Wyciągnęłam ją i zaczęłam wykorzystywać, na co dzień, ponieważ pierwsze testy wypadły bardzo dobrze:) Jestem nią mile zaskoczona, świetny produkt, który potrafi utrzymać w ryzach moje powieki i dodatkowo pobić kolor cienia. Na pewno napiszę o niej więcej łącznie z prezentacją cieni.






Posiadacie w swoich zasobach kosmetyki, które nie do końca zachwyciły, lecz dziwnym sposobem wkradły się w łaski i stały się właśnie osobliwymi ulubieńcami? 

Dajcie znać:) z chęcią się dowiem jak to jest u Was, a być może przy okazji trafię na perełki kosmetyczne.

Pozdrawiam!